Jestem jedynaczką a więc znam dobre oraz te gorsze strony dorastania w pojedynkę. Jako jedyna wnuczka dla jednej babci i jedyna dziewczynka w całej gromadce chłopaków dla drugiej, byłam oczkiem w głowie dorosłych. Może nie jakoś specjalnie rozpieszczana, ale jednak w centrum uwagi. Nie wiem, co to znaczy dzielić się z rodzeństwem czy to uwagą, zabawkami czy ostatnim cukierkiem. Nie wiem, jak to jest walczyć ze sobą albo wspierać się w trudnych chwilach. W grupie rówieśniczej później wszystko to nadrobiłam, ale to jednak nie to samo i pewne doświadczenia niestety nie były mi dane. Pewnie dlatego tak bardzo fascynuje mnie relacja Antka i Niny. To, jak się rozwija ta ich szczególna więź i jak wpływa na nich oboje. Dla nich ich wzajemna obecność i wszystko, co ze sobą niesie, to zapewne coś zwyczajnego, ale ja w drobnych gestach i reakcjach widzę, że łączy ich coś wyjątkowego.

W ciąży, pomimo wielkich chęci i solidnych przygotowań Antka (pisałam o nich TUTAJ), nie mogłam wiedzieć, co tak naprawdę nas czeka. Patrzyłam w przyszłość zgodnie z maksymą: Hope for the best, but prepare for the worst. I rzeczywiście robiłam wszystko, żeby gorsze scenariusze przynajmniej przejść łagodniej. I do dzisiaj nie wiem, czy to wiek Antka (miał 3,5 roku, kiedy urodziła się Nina), czy nasze starania przez całe 9 miesięcy, jego usposobienie, czy może wszystko po trochu? Nigdy nie okazywał wrogości i zazdrości a nawet mam wrażenie, że z czasem jeszcze bardziej wobec Niny złagodniał. Natomiast jego aktualna postawa zadziwia mnie najbardziej. Ale zacznijmy od początku …

No gdzie ta Nina?!

Takimi słowami przywitał mnie po 3 dniach rozłąki, kiedy witałam go po powrocie ze szpitala z malutką Niną. Chciałam mu poświęcić czas a on wcale nie na mój widok tak bardzo się cieszył! Tego dnia nieśmiale na nią spoglądał, głaskał po rączce i policzku. Interesował się karmieniem i przewijaniem, bardzo chciał ją potrzymać na kolanach. Z czasem fascynacja oczywiście minęłą, bo i nasza codzienność każdego dnia wyglądała podobnie.

Małe dzieci często płaczą.

Nie przypominam sobie, żeby płacz Niny kiedykolwiek Antka denerwował. A przecież byłoby to całkiem zrozumiałe, bo my dorośli ciężko to znosimy a co dopiero dzieciaki, które chciałyby w spokoju obejrzeć bajkę 😉 Dobrze pamiętam jednak pewną sytuację, kiedy zostawiłam bawiącego się Antka i poszłam położyć Ninę do pokoju obok. Nie mogła zasnąć i darła się w niebogłosy. W końcu padła a kiedy wróciłam do Antka, był autentycznie wystraszony jej płaczem. Wtedy nie rozumiał jeszcze, że taka reakcja nie musi wiązać się z krzywdą czy wielkim smutkiem. Pamiętam, że pogadaliśmy sobie wtedy a on się uspokoił.

No i zaczyna się zabawa…

Takimi słowami dziś Antek komentuje sceny, jakie urządza Nina. Kiedy grymasi przy stole albo rzuca zabawkami w złości. Przywykł do tego, że z młodszą siostrą bywa dramatycznie i głośno. Czasami wygląda to komicznie, bo on potrafi jej płacz kompletnie zignorować – w spokoju dalej się bawi czy ogląda bajkę. Ot życie 😉

Pamiętaj, delikatnie …

W pierwszych miesiącach okazało się, że taka mała, gaworząca kluska może być bardzo frustrująca. Antek przynosił jej zabawki, próbował wkłądać do rączki i nie potrafił zachęcić jej do zabawy. Był coraz śmielszy – łapał za główkę i przekręcał w swoją stronę. Gimnastykował siostrę, ciągnąc za nogi i ręce. A my jak mantrę powtarzaliśmy, że to nie lalka. A potem Nina zyskała władzę nad swoim ciałem i nie pozwalała już tak sobą rządzić.

Dlaczego na Ninę nigdy się nie denerwujecie?!

Ciężko to wyjaśnić 4-latkowi, nie odwołując się do różnicy wiekowej. Jak ognia wystrzegaliśmy się wyjaśnienia, że ona jest młodsza. Kiedy więc pojawiało się pytanie, dlaczego ona nie musi po sobie sprzątać, dlaczego ją ubieramy a jego nie albo dlaczego na nią nie złościmy się w ogóle a na niego często (och te jego odpały czasami!), znów konieczna była rozmowa. Zwykle wtedy tłumaczyliśmy, że póki co Nina niewiele umie i nie jest tak samodzielna. że z samodzielnością przychodzi wiele nowych możliwości (w tym obowiązków) i pomysłów, które nie zawsze nam się podobają. I że z czasem ona też będzie potrafiła sprzątać a jej zachowanie będzie przez nas komentowane. Ten czas przyszedł szybciej niż sądziliśmy.

Ninaaaaa, oddaj to!

Z mobilnością Niny skończyło się rumakowanie. My znów musimy mieć oczy dookoła głowy, wliczając w to Antka, bo jego pokój i zabawki nie są dla młodszej siostry żadną świętością. W sytuacjach konfliktowych naturalną reakcją rodzica jest obrona mniejszych i słabszych (a także mniej kumatych), ale każdego dnia staramy się tego nie robić. Nawet nie próbujemy wchodzić na ścieżkę argumentów „Bądź mądrzejszy”, „Jesteś starszy, powinieneś ustąpić” czy też „Daj jej się pobawić, bo zacznie płakać”. Staramy się upewniać Antka w tym, że jego pokój i zabawki są przede wszystkim JEGO. Jeśli nie chce się w danym momencie podzielić, to nie jest koniec świata i musimy to uszanować. Z drugiej strony tłumaczymy, że Nina uczy się od nas wszystkich. I jeśli on jej coś wyrywa, zamiast poprosić, to ona będzie robiła to samo. Dokładnie tak samo może się stać, gdy ją uszczypnie czy popchnie. I to działa! Może nie zawsze, ale taki argument przemawia do Antka.

Mama, a Nina mnie ugryzła w plecy!

Mamy w domu małego gryzonia i szczypawkę a ja nadal nie wiem, skąd się to wzięło. Może ze żłobka a może to takie pierwotne odruchy, które siedzą w każdym małym człowieku? Faktem jest, że nigdy dotąd nie musiałam bronić Niny przed Antkiem. I tu też się zastanawiam, skąd u niego tyle spokoju. Owszem, krzyknie na nią, wyrwie zabawkę, ale nie zdarzyło się jeszcze, aby jej zrobił krzywdę. Zamiast jej oddać, przybiegnie z żalem do nas. A my wtedy robimy wielkie „halo” z upominania Niny. Mam nadzieję, że chociaż u Antka skutkuje, bo ona jeszcze wpuszcza jednym uchem i wypuszcza drugim 🙂

Nie lubię Cię!

Padło takie wyznanie nie raz w kierunku Niny i szczerze mówiąc, wcale się nie dziwię – miał biedak swoje powody. Kiedy brat mówi tak do młodszej siostry, za pierwszym razem, rodzic czuje jakiś żal i ukłucie w sercu. Jest ochota, aby skarcić za takie słowa i kazać przeprosić. Z drugiej strony, można to wykorzystać do kolejnej rozmowy o emocjach. Zwłaszcza, że my dorośli często podobny sygnał dajemy naszym dzieciom. Wkurzając się w danej chwili, nie przestajemy kochać. Ale trzeba też pamiętać o sile słów i o tym, jak wielką przykrość mogą sprawić. Mam wrażenie, że takich rozmów odbędziemy jeszcze wiele.

Nina, złap mnie!

Jeśli kiedykolwiek w drugiej ciąży malowałam sobie przyszłość z dwójką, to były to roześmiane dzieciaki, ganiające się po całym domu. Tak, moja nieświadomość (albo pozytywne myślenie) uchroniła mnie przed wizjami spięć i regularnych konflitków, ale jak widać życie we czwórkę nienajgorzej nam wychodzi. W każdym razie, ten mglisty obraz z przeszłości właśnie staje się rzeczywistością. Na prawdziwie wspólną zabawę musimy jeszcze trochę poczekać, ale ten fajny okres właśnie się zaczyna. Antek ma radochę, że Nina nie może go złapać. A z kolei ona biega za nim uchanana tym, że może go gonić. Wszyscy są zadowoleni, tylko matka za często upomina, żeby nie biegać po płytkach, bo zaraz ktoś straci zęby … A jak nie gonitwa, to gotowanie przy jednej kuchni albo dzielenie się kolorowanką.

Atek!

Może gryźć i szczypać, ale Nina kocha swojego starszego brata. To jej bohater. Cieszy się, kiedy wraca z przedszkola, wyciąga ręcę i przytula. Chętnie siada na kolanach i częstuje swoim śniadaniem. Jego kubek zawsze jest lepszy a pokój ciekawszy. Co tam rodzice, z nim jest prawdziwa zabawa!

Prawdą jest, że dwójka to dwa razy roboty, trosk i nerwów, ale to przede wszystkim podwójna radość i miłość. I niesamowite szczęście w podglądaniu relacji rodzeństwa.