Można narzekać na nasze czasy, że drogo, niebezpiecznie i coraz częściej w pogoni za czymś. Jednocześnie nasze czasy to raj dla rodziców, bo dostęp do informacji mamy ogromny, dokonujemy coraz bardziej świadomych wyborów a trendy w opiece i wychowywaniu dzieci są jak moda obecnie – każdy dobierze coś dla siebie. Chusty, nosidła, morze wózków, mebli, gadżetów … Teraz nie ma –  jak kiedyś – mody na konkretne metody. Zwolenników i przeciwników każdej jedynej  jest oczywiście sporo, wystarczy pobyć chwilę w Sieci, chociażby w blogosferze a wojny wybuchają regularnie. Jednak na dobrą sprawę, na co decydujesz się dla siebie i swoich dzieci, to Twoja prywatna sprawa. Grunt, że to działa a rodzina (a więc nie tylko dziecko, ale też Wasz związek) jest zdrowa i szczęśliwa. Dziś będzie właśnie o jednym z takich wyborów, o jego zaletach oraz wadach – wszystko w ujęciu praktycznym. Zapraszam 🙂

Nieważnie, czy dziecko śpi w jednym łóżku z rodzicami, w koszu obok, czy po drugiej stronie pokoju we własnym łóżeczku – każda z tych form to właśnie co-sleepingw Polsce określane jako współspanieJego ideą jest bliskość z dzieckiem, realizowana na płaszczyźnie zmysłów: słuchu, węchu, smaku i wzroku. Definicja ta bardzo mnie zdziwiła, bo sama byłam osobą, kojarzącą co-sleeping wyłącznie z dzieleniem łóżka z dzieckiem. Może i Ty uprawiasz co-sleeping, wcale o tym nie wiedząc? 😉

Jak z wszystkim, również współspanie musi być świadomym wyborem. Z Antkiem tej świadomości nie było a ze wspólnego spania zrezygnowaliśmy już na wstępie, po prostu ze strachu. Naczytałam się w poradnikach, że się dziecko przyzwyczai, że to niebezpieczne dla niego i niezdrowe dla związku. Oczywiście, kosz obok łóżka a później łóżeczko nieco dalej od nas, to nadal było współspanie, ale nawet to rozwiązanie było wymuszone z przyczyn lokalowych. Nie spaliśmy w każdym razie razem, we trójkę. Ja każdej nocy wyjmowałam Antka z kosza, karmiłam na siedząco na brzegu łóżka, rozbudzałam siebie i jego, by po chwili odłożyć go z powrotem i dobre pół godziny przytrzymywać wypluwany smoczek. Kiedy on w końcu zasypiał, ja nie mogłam a kiedy już się udało, nadchodził czas kolejnego karmienia. Tak panicznie bałam się go wziąć do łóżka, że to aż śmieszne. Kiedy zaczęło się ząbkowanie i niespokojne noce były na porządku dziennym, usypiałam Antka na rękach – czasami po kilka razy, bo on wybudzał się jak tylko wstałam z nim a czasami, gdy już byłam jedną nogą u siebie w łóżku. Zdarzały się noce, kiedy poddawaliśmy się i Antek lądował między nami, ale za każdym razem przypłacaliśmy to wyrzutami. I obawą przed konsekwencjami. Do tego doszły jeszcze gabaryty naszego łóżka (pamiętające czasy kawalerskie), więc kiedy już spaliśmy wszyscy razem, jedynie Antek się wysypiał – ja zmianę pozycji podzieliłam na etapy, M. nauczył się spać „na alpinistę” (co swoją drogą często spotykane ;)).

Mając właśnie takie a nie inne doświadczenia, z Niną nie zakładaliśmy w ogóle innego scenariusza. I o dziwo to właśnie M. zaproponował pierwszego dnia po powrocie ze szpitala, abyśmy zabrali małą do naszego łóżka. Fakt, że zwiększyło ono swoją szerokość o 40 cm, mógł mieć decydujące znaczenie. Nie protestowałam, choć wszystko było już dla niej przygotowane. Spała z nami pierwszej nocy i śpi z powodzeniem i ku zadowoleniu nas wszystkich do dziś. Czy mamy jakąś granice wiekową? Teoretycznie taka minęła dwa miesiące temu, ale szczerze? Jest nam wszystkim zbyt dobrze z takim rozwiązaniem 🙂 Oto kilka, w sumie bardzo prozaicznych powodów: Po pierwsze, Nina jest i zawsze była w nocy bardzo spokojna. Rzeczywiście udowodniono, że bliskość rodziców obniża hormon stresu. Początkowo nie potrzebowała smoczka i pięknie zasypiała po karmieniu. Badania dowiodły, że dzieci będące blisko rodziców mają mniej zmienną temperaturę ciała, regularne tętno i oddech. Nina nigdy jeszcze nie budziła się z płaczem i nawet jeśli była głodna czy zniecierpliwiona, mogłam zareagować szybciej niż ona. I nikt z nas nie zdążył się porządnie wybudzić. Po drugie, jest nam wszystkim wygodnie. Po trzecie, wysypiamy się! Wbrew pozorom, rozmiar ma jednak znaczenie! Każdy ma swoją przestrzeń i jakimś cudem potrafimy się wysypiać. Ja dodatkowo śpię bardzo czujnie – wystarczy, że Nina zacznie fikać nogami a ja już wiem, o co jej chodzi.

Oczywiście, od początku dbaliśmy w pierwszym rzędzie o bezpieczeństwo Niny i z obecnej perspektywy mogę potwierdzić, że noworodek a kilkumiesięczne niemowlę, to zupełnie inne bajki. Jednak wszystko co robiliśmy było zupełnie naturalne i oczywiste:

  • mieliśmy już odpowiednie łóżko i materac;
  • na środku łóżka wyznaczyliśmy strefę bez poduszek i kołder;
  • Nina przez jakiś czas po narodzinach spała w rożku a obecnie w śpiworku;
  • nie kładliśmy jej do spania na brzuchu, chyba że mogliśmy mieć ją na oku
  • ani ja, ani M. nie palimy, nie pijemy alkoholu (a w każdym razie nie są to niebezpieczne ilości) i nie zażywamy leków, które wpływałyby na naszą świadomość i percepcję;
  • dopóki Nina nie raczkuje, na  czas, kiedy nie ma nas w łóżku, zabezpieczamy jego brzegi poduszkami.

Ano właśnie, raczkowanie i generalnie zwiększona mobilność Niny chyba zakończy nasze radosne współspanie, przynajmniej w tej formie. Pomyślimy wtedy nad nowym rozwiązaniem. A póki co korzystamy i jednocześnie doceniamy to, że tak właśnie spędziliśmy każdą z nocy ostatnich ośmiu miesięcy. Prawda jest taka, że można wymieniać korzyści, można przekonywać do konkretnych metod a ostatecznie rodzic sam musi dokonać wyboru i czuć się z tym wyborem komfortowo. I dokładnie tak jest z nami. Tym razem nie robimy niczego wbrew sobie, nie mamy wyrzutów sumienia ani sińców pod oczami, z powodu niewyspania i nocnych wędrówek. Jest to dla nas absolutnie naturalne i to jest właśnie piękne. Bo najważniejsze, by robić coś w zgodzie z samym sobą.

C0-sleeping nie jest absolutnie czymś, co można narzucić, bo rzeczywiście nie każdy się w tym odnajdzie. Sceptycy i przeciwnicy powiedzą (ba, nawet ja im przytaknę), że nie jest też czymś, co w teorii jest w pełni bezpieczne, ale wiecie co? Łóżeczko Waszego dziecka też takie nie jest, o ile nie zadbacie o odpowiednią higienę snu i wypoczynku. „Można dziecko nieświadomie przygnieść, udusić” – powiecie. A ja odpowiem, że o ile nie jesteście pod wpływem leków, narkotyków czy alkoholu, praktycznie nie ma takiej opcji. Ciężko to wytłumaczyć komuś, kto sam nie ma tego doświadczenia, ale to działa jak instynkt. To wyczucie i wrażliwość na tę małą osóbkę obok. Prędzej nie zmrużycie oka, niż egoistycznie zwalicie się na dziecko. I właśnie często ten brak snu, wynikający z troski uniemożliwia co-sleeping.

Jak każdy kontrowersyjny temat, również współspanie dorobiło się pewnych mitów i nie zawsze wiarygodnych teorii. Dotychczas obalono wiele rewelacji a Hafija przetłumaczyła i opisała najnowsze teorie jak zwykle bardzo rzetelnie. Zachęcam do lektury.

A ja zachęcam Was do spróbowania. Może się nie przekonacie, może nawet Wasze dziecko kategorycznie zaprotestuje i będzie domagało się własnej przestrzeni. A może jedna noc wystarczy i w pełni się w tym odnajdziecie. Może nerwowe i przerywane dotąd noce, w końcu dadzą Wam wytchnienie, bo oto okaże się, że jedyne czego potrzebowało Wasze dziecko, to było ciepło i znajomy zapach. Nie myślcie o przyszłości, bo żaden, nawet najlepszy poradnik nie powie Wam, jakie będzie akurat Wasze dziecko za tydzień, miesiąc czy rok. Podając smoczek, nie myślimy przecież o często trudnej zmianie nawyków w przyszłości. Liczy się tu i teraz. I tak może być w przypadku współspania. Warto spróbować i przekonać się, czy tym czymś jest właśnie co-sleeping. Na szczęście opcji jest kilka i to jest w tym najlepsze 🙂

***

PicMonkey Collage2

 Trzy mamy, trzy blogerki znają Matkę Naturę z każdej jej strony. Same walczyły o dobry i zdrowy poród, o karmienie naturalne, o własne wybory. Teraz dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem oraz zapraszają na cykl wpisów, poświęconym świadomemu macierzyństwu w zgodzie z naturą. Nie będzie polemiki z innymi metodami, nie będzie dyskredytowania odmiennych przekonań. Wierzymy, że bez względu na dokonywane wybory, każda mama chce dla swojego dziecka najlepiej. My tylko pokazujemy i polecamy nasze.