Kiedy w mediach wybucha kolejna bomba z dziećmi z roli głównej, poziom zła, głupoty, patologii i krzywdy nie mieści nam się w głowach. Pytamy wówczas, gdzie wcześniej byli znajomi, sąsiedzi i krewni. I jakim cudem znów nikt nic nie widział, nie słyszał. Winimy wtedy pośrednio wszystkich dookoła – bierne otoczenie, które nawet najgorszego kata uznawało za przykładnego wujka czy ojca.

Jesteśmy (przynajmniej w przygniatającej większości) społeczeństwem wycofanym, obojętnym (zastraszonym?): Widząc psa sr…go na chodniku, nie zwrócimy uwagi właścicielowi, nie staniemy w obronie osoby starszej czy też kobiety ciężarnej, którym nikt w autobusie ani myśli ustąpić miejsca. Nawet nie potrafimy wstawić się za, tak drogimi nam dziećmi, gdy widzimy, jak w biały dzień traktuje je osoba dorosła, kiedy bije, szarpie, ubliża …

Tym bardziej nie przestaje mnie zadziwiać odwaga (żeby nie powiedzieć tupet), jaką wykazują się obserwatorzy, choć nikt, nawet samo dziecko, o nią nie prosi. Bo w sytuacjach, które mam na myśli i których byłam świadkiem, raczej nie o obronę chodzi.

Sytuacja 1. Podczas naszego pobytu w Kołobrzegu, wybraliśmy się na spacer. W pewnym momencie Antek zrobił scenę, taką typową z płaczem, rzucaniem się na ziemię itp. O co, to już nawet nie pamiętam. Staliśmy obok niego zupełnie spokojni, chcąc przeczekać złość. I nie wydaje mi się, abyśmy sprawiali wówczas wrażenie bezradnych, zdenerwowanych, czy spanikowanych. Niemniej, mijający nas mężczyzna poczuł najwyraźniej wielką chęć wrzucenia swoich pięciu groszy do sytuacji, bo nagle odezwał się do Antka mniej więcej takimi słowami: „Musisz być grzeczny bo inaczej Cię zabiorę.” Że jak przepraszam?! W pierwszej chwili zaniemówiliśmy z powodu samej „groźby”, która być może miała być i żartem (bo wypowiadana z uśmiechem). Sekundę później zirytowało nas to bezpardonowe wtrącenie się i straszenie nam dziecka. Bo jako rodzice w życiu nie użyliśmy tak głupiego argumentu, więc nie życzymy sobie również, aby kto inny stosował podobne chwyty poniżej pasa. Po mężczyźnie nie było po chwili śladu a my poczuliśmy, że musimy to w jakiś sposób odkręcić. Przede wszystkim zapewnić syna, że nikomu nie pozwolimy go porwać, nawet (a może zwłaszcza ;)), jak będzie robił sceny.

Sytuacja 2. Miała miejsce w sklepie, podczas płacenia. Chwila stania w kolejce na tyle znudziła Antka, że zaczął wpadać na dziwne pomysły (z lizaniem balustrady włącznie). Upomniałam raz i drugi i zaczęłam szukać drobnych w portfelu. Wtedy syn zaczął klepać mnie rękami w tyłek. Raz i drugi, solidnie. Chcąc jak najszybciej zapłacić a przy tym wiedząc, że to nie złość a skutek uboczny nudy, nie reagowałam. Planowałam skomentować jego zachowanie zaraz po opuszczeniu kolejki. A tu nagle słyszę, jak pani przy kasie zwraca się stanowczym tonem do Antka: „Dlaczego bijesz mamę?” I nie wiem, czyja konsternacja (nawet zawstydzenie) była większa: moja czy syna. Pewnie moja, bo dla świętego spokoju upomniałam Antka krótkim syknięciem. Czego zresztą trochę żałuję, bo mogłam pani wyjaśnić zachowanie syna ale z drugiej strony jemu niespecjalnie to zaszkodziło. Potrafię zrozumieć, że kobieta nie znając Antka, źle odczytała jego intencje. Ale dlaczego musiała się wtrącić, zamiast reakcję zostawić mnie? Być może uznała, że przerosła mnie sytuacja …

Sytuacja 3. Tym razem brałam w niej udział w roli obserwatora. Stałam w cukierni, w kolejce po ciasto. Przede mną rodzice z córką wybierali tort na uroczystość Św. Komunii. Od mała do wiele dziewczynka zaczęła marudzić, że nie chce takiego wzoru/napisu/kremu a zupełnie inny. W końcu zła i obrażona, coś tam odburknęła mamie. I się zaczęło … Sprzedawczyni wyskoczyła z całym wykładem do dziewczynki, jak to ona nie szanuje swoich rodziców, jak to się do nich zwraca i nie docenia, że przyszli z nią wybrać tort. I owszem, nawet mogłam się z nią zgodzić, ale dlaczego zupełnie niepotrzebnie weszła w rolę rodziców? Oni sami stali bezradni i trochę ośmieszeni, bo oto pani w cukierni musi ich brać w obronę a córkę sprowadzać do parteru. Dodatkowo żal zrobiło mi się dziewczynki, która zszokowana i zawstydzona (wszak widownię miała sporą) zostawiła wszystkich i wyszła. A przecież można było załatwić to o wiele kulturalniej. Chociażby zaproponować, by wrócili w sprawie zamówienia, gdy emocje opadną.

Przez chwilę się zastanawiałam. Co powoduje, że czasami ludzie nie potrafią się powstrzymać? Muszą się odezwać: upomnieć czy pouczyć dziecko, nawet w obecności jego opiekuna. Bo ten sam z siebie nie umie? Albo zupełnie mylnie nie widzi potrzeby? Czy powoduje nimi troska czy zwyczajna wścibskość? A potem doszłam do wniosku, że intencje są w zasadzie zupełnie nieistotne, ponieważ jakie by nie były, nie tłumaczą takiego zachowania. Tych spontanicznych prób wychowania obcego dziecka, kiedy obok stoi jedyna upoważniona do tego osoba – rodzic.

(zdjęcie: flickr.com)