Czekasz z wytęsknieniem na swoje pierwsze dziecko, potem rodzisz je i zaczynasz swoją najważniejszą przygodę w życiu. Wstajesz w nocy, karmisz z zapałkami w oczach, masujesz brzuszek, zmieniasz setki pieluch. Ocierasz łzy, leczysz zdarte kolano siłą pocałunku, przeganiasz potwory a po nocach tworzysz najpiękniejsze na świecie kostiumy balowe. Czasami jesteś u kresu i chcesz uciec a jeśli Ci się udaje, tęsknisz jak nigdy. I wracasz jak na skrzydłach. Odnajdujesz w sobie niedokryte dotąd pokłady cierpliwości i wspinasz się na wyżyny negocjacji. Nie raz i nie dwa czujesz bezsilność, zwierzasz się komuś, kto Cię zrozumie i powie, że będzie lepiej – sam był przecież na Twoim miejscu. W pewnym momencie – a moment ten zależy od tego, jak daleko sięga Twoja pamięć – spojrzysz na swoje dziecko i w jego zachowaniu, usposobieniu, skłonnościach zobaczysz … samą siebie. I wtedy zrozumiesz, że istnieje coś takiego, jak sprawiedliwość pokoleniowa albo inaczej: karma wraca i właśnie Cię dopadła! 🙂

Nie pamiętam rzecz jasna, że jako niemowlę spałam kiepsko. Nie pamiętam strachu rodziców, kiedy chorowałam albo ich troski o mnie, gdy szłam pierwszy raz do przedszkola. Nie pamiętam moich pierwszych protestów, łez złości i pierwszych siniaków. Z drugiej strony już bardzo dobrze pamiętam, jak kombinowałam i wymyślałam, żeby nie iść spać wieczorem. Pamiętam, że byłam niejadkiem i to, jak bardzo wszyscy walczyli o dodatkowy kęs podczas obiadu. Nie zapomnę dnia, kiedy biegałam w deszczu a w odpowiedzi na wołanie mamy, stanęłam pod rynną. I nigdy nie zapomnę też jej cierpliwości do mnie, gdy przychodziło do brania lekarstw w trakcie choroby …

Patrzę dziś na Antka i widzę, jak bardzo mnie przypomina. Historia lubi się powtarzać a wspomniana karma – nawet jeśli rozumiana czysto humorystycznie – dopada każdego z nas, w takiej czy innej formie. Pewnie nie uderzyłoby mnie to tak bardzo, gdyby nie ostatnia choroba Antka i konieczność łykania syropów oraz zbijania gorączki. Mój Boże, co to były za sceny! Ja w jego wieku kategorycznie odmawiałam łykania tabletek, więc mama rozduszała je i podawała z odrobiną herbaty, na łyżeczce. Smakowało to oczywiście potwornie, więc cała procedura była długa, stresująca dla mnie i bardzo wymagająca dla mojej mamy. Dopiero teraz, kiedy to samo przeszłam z Antkiem, naprawdę doceniam jej cierpliwość. Mogłam być stanowcza, mogłam negocjować, próbować przekonać żartem albo przekupywać słodyczami – efekt zawsze był ten sam: albo totalna odmowa wypicia leku, albo wypicie odrobiny i dodatkowe pranie dla mnie …  I z dokładnie tej samej troski i bezsilności postraszyłam zastrzykami – tak jak i u mnie, nie przyniosło to efektu.

Ta cała pokoleniowa sprawiedliwość jest, przy całym swoim ciężarze niełatwych doświadczeń, trochę czymś komicznym a z drugiej strony czymś pokrzepującym. Rodzicielstwo, bez względu na czasy, możliwości i udogodnienia, zawsze było i będzie tak samo trudne i tak samo piękne. A my dzięki takim nowym doświadczeniom, naprawdę doceniamy pracę naszych rodziców.

(zdjęcie: flickr.com; autor: Yoshikazu Takada)