O uczuciach, które towarzyszą nam od pierwszych tygodni ciąży a zwłaszcza od urodzenia dziecka, nie muszę Wam mówić. Wszystkie doskonale znamy ten ogrom bezwarunkowej miłości, która spływa na nas, jeśli nie już na sali porodowej, to trochę później, w domu. Znamy również troskę oraz obawę o zdrowie i dobro naszych skarbów. Bardzo szybko poznajemy, czym jest obustronna zależność: dzieci od nas, ale też nasza własna. Ten mały człowiek nie musi nas co prawda ograniczać i przesłaniać naszych osobistych marzeń, ale prawdą jest też, że rodzicielstwo zmienia nasze życie już na zawsze. Joanna z bloga Matka jest tylko jedna napisała ostatnio, że w macierzyństwie najbardziej nie znosi wyobraźni. Ten wpis powstał właśnie i tylko dlatego, że to wyznała i że totalnie trafiła w moje ostatnie doświadczenia.

Wiedza o tym, co dzieje się dookoła i świadomość tego, co może przytrafić się naszym dzieciom jest przekleństwem. Gdyby nie codziennie obowiązki i pęd życia, moglibysmy bez końca pisać scenariusze, co może się niespodziewanie wydarzyć i jak możemy temu zapobiec. Jestem pewna, że doprowadziłoby nas to do szaleństwa. Długo udawało mi się moją wyobraźnię trzymać w ryzach. Powiedziałabym nawet, że pozytywne myślenie zawsze było moim sprzymierzeńcem i dzięki niemu przetrwałam pierwsze miesiące Antka w żłobku. Regularne infekcje, leki, zarwane noce – nic nie było w stanie mnie złamać. Zawsze pamiętałam o tych, którzy toczą prawdziwe bitwy o zdrowie i życie swoich dzieci a my jesteśmy wielkimi szczęściarzami, że walczymy jedynie z kaszlem i katarem.

Niestety sierpniowe wydarzenia z Niną coś we mnie zmieniły. Nie jestem nawet w stanie ich Wam przypomnieć, bo zbiera mi się na mdłości. Wpis na ten temat możecie przeczytać TUTAJ. Od kilku miesięcy walczę z samą sobą i nadal bezskutecznie szukam sposobu na pokonanie mojego największego wroga – strachu.

Pomimo pełnego wsparcia M. i całej rodziny, nie potrafię sobie przepowiedzieć, że wydarzenia z minionych wakacji nie muszą się powtórzyć. Są momenty, że docierają do mnie rozsądne argumenty, ale za chwilę znów coś sobie przypominam a potem analizuję. Nie ma dnia, żebym nie sprawdzała temperatury Niny. Dotykam jej czoła przed snem, w trakcie i regularnie w ciągu dnia. Zwracam uwagę na to, czy pije, czy ma apetyt, czy jest aktywna. Dbam o zdrowe jedzenie, czas na świeżym powietrzu, podaję tran, witaminę D. Kiedy zostawiamy ją pod opieką Dziadków, zostawiamy środki na zbijanie gorączki. Tak na wszelki wypadek. Jestem niemal pod ciągłym napięciem, ale trzymam nerwy w ryzach, jeśli nic nie budzi mojego niepokoju. Kiedy natomiast Nina choruje, ja wpadam w panikę.

Nie zdarza się to często, ale podwyższona temperatura – po szczepieniu, podczas wirusówki a nawet ostatnio przez ząbkowanie – powoduje, że odchodzę od zmysłów – oblewają mnie zimne poty, nie jem i nie potrafię sie na niczym skupić. Panicznie boję się, że leki nie zbiją gorączki, że wzrośnie ona gwałtownie. Zostać z nią sama w domu to dla mnie koszmar. Próbuję się uspokajać, słucham M. ale ostatecznie i tak muszę sięgnąć po leki uspokajające. Kiedy choroba mija, ja wyraźnie się wyciszam a moje reakcje wydają mi się niedorzeczne. Do następnego razu.

W takich momentach chcę bardzo, żeby Nina była już starsza i bardziej komunikatywna. Z Antkiem jest tak bardzo łatwiej, z nim też nie mam tak dramatycznych wspomnień. Czasami myślę o ludziach, którzy nie mają dzieci i im zazdroszczę. Mają pewnie swoje duże i małe problemy, ale nie znają tego uczucia obezwładniającego strachu o własne dziecko. A potem jestem zła na siebie, że ten strach w zasadzie sama sobie funduję. Powinnam zawsze doceniać to, że to tylko pospolity wirus i podwyższona temperatura a nie trząść się ze strachu.

Możecie sobie wyobrazić, jakie uczucia towarzyszą mi, kiedy zostawiam Ninę w żłobku. Długo miałam dylemat, czy ją w ogóle posyłać do dzieciaków, ale obiektywnie patrząc Nina jest zdrowa i nie ma żadnych przeciwskazań. Jedyne, co mnie wstrzymywało, to strach. A widzę, że lubi to miejsce i uwielbia towarzystwo. Mamy ogromne zaufanie do opiekunek i pewność co do dobrej opieki. Widzę też, że ja sama potrzebuję oddechu i kilku godzin przerwy od niej. Komfort w postaci czasu na sprzątnięcie domu, ogarnięcie spraw na mieście czy nawet śniadanie w kompletnej ciszy jest nie do opisania.

Za tydzień mamy zaplanowany pierwszy (pierwszy!) weekendowy wyjazd bez dzieci a ja cały tydzień układam sobie w głowie. Te kilka dni Nina zostanie w domu, bo nie chcę ryzykować. Jeszcze nie wiem, jak uda mi się spokojnie spędzić te dwa dni bez łobuzów, ale muszę, bo bardzo tego potrzebujemy. I mam wielką nadzieję, że to pomoże mi pokonać mojego największego wroga …

(zdjęcie: flickr.com)