Trochę mi wstyd, ale opowiem Wam tę historię!


Pamiętacie jeszcze takie słowo jak “obciach”? No więc ta sprawa jest właśnie obciachowa. Trochę wstyd mi się przyznać, że zwykła pierdoła zajęła nam aż ponad rok! Z drugiej strony to była taka moja babska wojna, a postawienie na swoim było ważniejsze niż wszystko inne … Uznałam w końcu, że warto podzielić się historią, po oprócz dawki humoru, może uda mi się komuś pomóc :)) A zatem słuchajcie.

Przez całe 6 lat w naszym pierwszym wspólnym mieszkaniu, jedną z rzeczy, które służyły nam bez nawet najmniejszego zająknięcia, był piekarnik. Zatem było dla nas oczywiste, że dom wyposażymy w sprzęt tej samej marki. Zamarzył mi się oczywiście nowszy, nowocześniejszy model. Z panelem dotykowym, bez żadnych pokręteł czy guzików.

No i faktycznie, prezentował się świetnie i robił, co miał robić. Po jakimś roku zepsuł się programator. Piekarnik był oczywiście na gwarancji, więc ominęły nas koszty naprawy. Za to odbiór przez kuriera i transport do serwisu, z tym było trochę zachodu.

Po pierwsze, piekarnik był w zabudowie, więc nie chcieliśmy sami grzebać i musieliśmy czekać na pana stolarza, aby go sprawnie wymontował. Załatwiliśmy paletę i czekaliśmy na odbiór. Pan kurier dosłownie odbił się od drzwi, bo jak stwierdził, nie wiedział, że to taki sprzęt i swoim autem go nie zabierze. No ok, poczekaliśmy chwilkę dłużej. Piekarnik w końcu odebrano, wymieniono programator, a po jakichś 2 tygodniach zwrócono na stare miejsce. W zasadzie to za drzwi, bo znów musieliśmy prosić pana stolarza o montaż.

Nasze szczęście nie trwało długo, bo oto ni z tego ni z owego, programator przełączył się na wersję “demo”. Czyli taką zupełnie pokazową, gdzie ja sobie mogę dowoli oglądać funkcję, zmieniać godzinę itp., ale piekarnika nie uruchomię. No więc telefon do speca od marki Amica.

No i przyjechał. Z kolegą. Weszli do domu, trochę pożartowali (hyhy), rozejrzeli się na wszystkie strony, uderzyli do kuchni. Zamarli przed tym piekarnikiem i przez moment miałam wątpliwość, kto się bardziej rozeznaje w programatorze. W każdym razie padła teoria, że to przez błędną godzinę. Pan coś naciskał a ja z każdą sekundą traciłam nadzieję, że cokolwiek zdziała. I wtem…

– No widzi Pani, działa!

– Niemożliwe, jak Pan to zrobił?

– Aaaa, to już moja słodka tajemnica. Hyhy …

No ale najważniejsze, że naprawił. Tym łatwiej przełknęłam koszt tej kilkuminutowej wizyty, w wysokości 50 zł. Pojechali, problem mogłam odhaczyć.

Wiecie, co się stało dalej? Następnego dnia, przecierałam fronty szafek i sprzęty ręcznikiem kuchennym i płynem do mycia szyb. Bo wszystko malowane na wysoki połysk prezentuje się pięknie, ale ma jedną, podstawową wadę: ślady paluchów! Zatem czyszczenie wszystkiego jest takim moim codziennym rytuałem. I kiedy tak przecierałam wyświetlacz piekarnika, usłyszałam krótki dźwięk i … pyk! Wersja “demo” wróciła …

Jak bardzo bym załamana nie była, od razu odmówiłam wezwania tego samego fachowca z obstawą. No po prostu już słyszałam ten śmiech i komentarze. M. obiecał, że poszuka informacji w sieci, podzwoni i ewentualnie kogoś poszuka. Jakby nie było, słowa dotrzymał! Tylko, że ponad rok później.

Ile razy się o to pokłóciliśmy … ile razy jeden zwalał na drugiego! No ale zaparłam się, że skoro wziął to na siebie, to ma sprawę doprowadzić do końca. On z kolei twierdził, że jak mi tak zależy, to mam sama kogoś wezwać. I tak trwaliśmy sobie w tym sporze kilkanaście miesięcy. Bez piekarnika. Niby były jakieś kody, ale nic nie chciało zadziałać u nas.

Gdyby nie możliwość korzystania ze sprzętu u rodziców czy u teściów, pewnie motywacja byłaby większa. A tak między nami – wiecie, że bez piekarnika można sobie całkiem nieźle radzić? 😉 W każdym razie, przywykliśmy do sytuacji i zawsze było coś innego, pilniejszego do załatwienia. Do wczorajszego dnia, kiedy to M. wparował po pracy do domu, mnie zignorował i pobiegł przywitać się z piekarnikiem. Po jakichś trzech, góra pięciu minutach … pyk!

– No już działa.

Tylko tyle i aż tyle 😀 Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie pomieszane z szokiem, radością i rozbawieniem. Z tego wszystkiego już nie komentowałam i pozwoliłam mu być bohaterem w swoim domu. Jutro robię frytki z batatów a w weekend domowa pizza!

A co się tyczy tej tajemniczej kombinacji przycisków … Strzeżemy jej nie mniej pilnie, niż pinów i haseł. No ale nie będziemy tacy … podzielimy się z Wami tą wiedzą. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś z Was posiadał piekarnik marki Amica a na jego wyświetlaczu zamigotałby wyraz “demo”. I jeszcze jedna rada: im więcej bajerów posiada sprzęt, tym więcej może się zepsuć. Następnym razem będę o tym pamiętać 😉

(zdjęcie główne: bbc.com)

Previous Nasze zimowe HITY!
Next Dawno nic nie wywołało we mnie takich emocji, jak ten film!

Suggested Posts

Czasami wiele mi nie trzeba.

Po jedenaste: Nie zmuszaj.

“Mamo, Tato – więcej wiary!”

Lista życzeń piwnookiej

Odchudzanie to wieczna walka.

Na śniadanie.