O dwóch takich, co … dobrały się idealnie!


Znacie to? Spotykacie kogoś i już podczas pierwszej rozmowy wiecie, że nadajecie na tych samych falach. To samo podejście w wielu sprawach, to samo poczucie humoru, bezpośredniość i otwartość. I zadajecie sobie pytanie: Dlaczego nie poznaliśmy się wcześniej? Tak było z Kasią.

Pierwszy raz spotkałyśmy się z 5 lat temu, na zajęciach szkoły rodzenia. Skądś ją kojarzyłam – później okazało się, że ze szkoły średniej. I faktycznie, jak tak sobie przeanalizowaliśmy minione lata, to okazji do poznania się było sporo. Obie chodziłyśmy do tych samych szkół (nasi mężowie zresztą też), posłałyśmy dzieci do tego samego żłobka. I jeszcze ta szkoła rodzenia (a wcześniej germanistyka, choć na innych uczelniach). Mijałyśmy się na zebraniach, kilka zdań wymieniłyśmy dopiero tuż przed uroczystym pożegnaniem dzieciaków. Gdyby nie najlepsza żłobkowa kumpela Antka – Gabrysia i nasze rodzinne spotkanie w sali zabaw, pewnie nigdy byśmy się nie poznali.

Z Gabrysiami – bo tak pieszczotliwie nazywamy Kasię i jej męża – łączy nas wiele wspólnych, takich śmiesznych rzeczy. Mamy na przykład te same obrączki, dla dzieci kupiliśmy identyczne wózki. Przy tak szerokiej ofercie jednego i drugiego to naprawdę dziwny przypadek. Różnimy się, to jasne. Może w tym cała tajemnica? Najważniejsza jest jednak pozytywna energia, która od nich bije. Widzę Kasię i już mi się chce śmiać.

Nie wiedziałam, czy projekt Nukka jej się spodoba, ale byłam pewna, że jeśli miałabym z kimś stworzyć zespół, to tylko z nią. Babka z niej konkretna, niesamowicie uporządkowana i taka, która będzie drążyła temat do skutku (właśnie słyszę jej śmiech …). Podziwiam jej pracowitość i kondycję – ta kobieta jest tuż przed porodem a śmiga po całym mieście, załatwiając kolejne sprawy z listy! Pomysł od razu ją przekonał, choć ostateczna wersja jest już naszym wspólnym projektem i tylko w jakiejś części przypomina swoją pierwotną wersję. Nukki bez Kasi po prostu by nie było. Nie wiem, na jakim etapie byłabym dzisiaj, gdyby nie Gabrysiowie (bo przecież mąż Kasi, tak jak mój, również ma w nim swój duży udział).

Myślę, że nasza dotychczasowa współpraca dużo nas nauczyła. W pewnym momencie przecież żarty się kończą – trzeba się dogadać, znaleźć kompromis i być w równym stopniu przekonanym do podjętych decyzji. A czasami trzeba zaufać i zdać się na drugą stronę. Dotąd każdy etap wiązał się z jakimiś przeszkodami i problemami, które musiałyśmy rozwiązać. Na szczęście świetnie się uzupełniamy, każda z nas ma swoje mocne strony w różnych dziedzinach – podział zadań wyszedł nam naturalnie. Obie stawiamy też na szczerość i wyjaśnianie niejasności. Zacząć coś razem na fali ekscytacji to nic trudnego, trzeba razem pokonywać dołki, które prędzej czy później na pewno się pojawią.

Jak ja się cieszę, że jesteśmy już blisko końca prac (jak na złość, te trwają najdłużej!). Nukka to takie nasze wspólne dziecko i obie jesteśmy już mocno zniecierpliwione. Nie możemy się doczekać premiery produktu, bo to tak naprawdę będzie ostateczny sprawdzian dla nas. Co z tego, że my go kochamy, bo jest fajny i praktyczny. Nigdy nie zaoferujemy czegoś, czego same nie chciałybyśmy kupić. Z jednej strony wiemy, że Nukka spodoba się każdej mamie, ale wiecie … zawsze gdzieś z boku jest ta niepewność …

W każdym razie, pierwszeństwo ma póki co synek Kasi. Trzymajcie za nich kciuki, bo rozwiązanie lada dzień! A potem ruszamy z kopyta :))

***

Jeśli nazwa Nukka nic Wam nie mówi, klikajcie w baner i polubcie nasz fanpage 🙂 Tam przybliżamy sam produkt i tam też podamy datę premiery i adres strony!

nukka_logo2

(Zdjęcia powstały podczas jednego z naszych licznych, rodzinnych spotkań biznesowych ;))

Previous Strój dnia na wyjątkową okazję.
Next Hello Monday!

Suggested Posts

Jeśli tym jest dla Ciebie związek, to zejdź na ziemię! I dorośnij.

Są takie dni …

Trymestr III – ból kręgosłupa i inne “przyjemności”.

Hello Monday!

Hello Monday!

Tata w depresji.