Wystarczyło kilka miesięcy, aby z naszej małej, nieporadnej kluski, wyrosła mała kobietka. Zmienna, charakterna a przede wszystkim słodka i zmiękczająca nasze serca. Jest tak bardzo inna niż Antek w jej wieku, że w zasadzie przy niej macierzyństwo odkrywam na nowo. Dotychczas znane mi i stosowane triki oraz metody na nic się zdają a ja znajduję w sobie jeszcze większe pokłady cierpliwości. Tu potrzebny jest spryt i spokój … inaczej wszyscy zginiemy! 😉

SEN

Jesteśmy już na etapie jednej drzemki dziennie, zwykle około południa. Nieważne czy w domu, u dziadków czy w żłobku, zasypia szybko, ale ktoś musi przy niej być. Nadal najlepiej wycisza się butelką i choć w dzień może się bez niej obejść, w czasie snu to niezbędny element (i będziemy musieli się z nim uporać niebawem). Drzemki trwają zazwyczaj około godziny, czasami dwie. Dotychczas raz zdarzyło się, że choć oczy jej się zamykały, to ręce i nogi nie dały zasnąć i wytrwaliśmy bez spania do wieczora. Na brak drzemek to jeszcze zdecydowanie za wcześnie – nie jestem na to gotowa! 😉

W nocy nadal śpimy razem, to znaczy Nina zasypia u nas (między 19:00 a 20:00), później trafia do łóżeczka a od północy znów z nami (i tak do około 7:30). Przy dobrych wiatrach budzi się raz czy dwa na kilka łyków wody i śpi dalej. Przy gorszych, trochę się wierci i stęka. Jesteśmy już bliżej niż dalej przeprowadzki do własnego pokoju, ale nadal wstrzymuje mnie to picie w nocy. I obawa przed spacerami 😉

DIETA

W tym temacie Nina nie różni się może bardzo od brata – nie jest fanką warzyw i miewa dni, kiedy apetyt jest zdecydowanie gorszy (a kiedy dopisuje, je więcej niż Antek!). Tym razem takie przypadki w ogóle mnie nie martwią (jak to było z Antkiem). Cieszę się za to, że w przeciwieństwie do niego, jest ciekawa nowych smaków i chętnie próbuje. Uwielbia ryby, mięso, wszelkie zupy, jajecznicę, kanapki z pomidorem i ogórkiem, kiszoną kapustę i wszelkie owoce – najlepsze są te z cudzego talerza. Nie pogardzi jogurtem czy serkiem, niemal codziennie pije z pół szklanki kakao i to tyle w temacie mleka. Oczywiście uwielbia słodkości, które chcąc nie chcąc zawsze skapną jej się dzięki Antkowi. Tu żelek, tam kawałek czekoladki – ilości niewielkie, ale ze starszakiem w domu, ciężko byłoby je wyeliminować w ogóle.

Jest drobna choć długa – nosi ubrania w rozmiarze 80/86, które na długość często są idealne, ale trochę za obszerne. Rozmiar buta 22, ale tu znów problemem jest wąska stópka. Waży teraz z 12 kg. Włosy bardzo jej pojaśniały i urosły – najdłuższe pasma sięgają jej do łopatek. Chyba czas na pierwszą wizytę u fryzjera i wyrównanie końcówek. Oby zniosła to jak prawdziwa kobieta (bo Antek do niedawna ryczał na fotelu jak bóbr).

Ach no i zęby! Czwórki dały nam popalić i nadal całe nie wyszły, ale póki co mamy spokój i z zestawem 12 zębów większy komfort jedzenia 😉

MOWA

Ta dziewczyna nadaje i to sporo! 90% z tego co mówi, jest co prawda w tylko jej znanym języku. Komentuje to, co widzi i bardzo lubi rozmawiać przez telefon. Uwielbia też naśladować i to najchętniej Antka. Są więc ryki zwierzaków, piski, krzyki, śmiech a gdy coś jej nie zasmakuje głośne: „Bleeee!”. Potrafi wymienić kilka odgłosów zwierząt a z kolei gestem i mimiką jasno przekazać, czego chce. Aktualnie potrafi powiedzieć: mama, tata, anto (Antoś), baba (babcia), dziadź (dziadek), dzida (dzidzia), nieeee, ta (tak), tit tit (auto), ko ko (kura), hoł hoł (pies), ihaaaa (koń), tu, tam, nie ma, da to (daj to), kierek (cukierek), duda (smoczek hehe), niu niu (spać), kupa.

ZABAWA

Tu wszystko zależy od dnia i zabawki. Potrafi pięknie bawić się sama (np. układać klocki, wkładać i wyjmować przedmioty do pudełek, budować wieżę) a czasami domaga się towarzystwa i pomocy. Chętnie obserwuje Antka podczas zabawy i koniecznie chce robić to, co on – siada jak on na podłodze czy na najniższym schodku, porywa mu zabawki, wywija mieczem świetlnym. Obecnie hitem są właśnie duże klocki, książeczki, jeździk (pokazywałam go TUTAJ) i klucze (którymi coś naprawia). Na lalki jeszcze nie przyszła pora, choć czasami bierze je na ręce, przytula i podaje smoczka.

Kiedy coś jej się udaje, uwielbia sobie klaskać i od razu sprawdza, czy robimy to samo. Z kolei kiedy jej coś nie wychodzi … najlepiej uciekać, bo jest złość i płacz. Wtedy ciężko nawet te jej nerwy ukoić, bo trudno jej zrozumieć, że mniejsza miseczka nie pomieści większej.

Poza tym, Nina uwielbia odwiedzać Dziadków, chodzić na spacery, dreptać i bawić się na placu zabaw. Czasami do szczęścia wystarczą jej inne bawiące się dzieci. Zazwyczaj bardzo niecierpliwi się podczas jazdy samochodem i na zakupach (i te zwykle załatwiamy sami).

ŻŁOBEK i czas bez mamy

Premierę żłobkową mieliśmy pod koniec listopada, ale przez choroby na dobre wróćiliśmy w styczniu. Na dobre, to znaczy na jakieś dwa tygodnie, bo znów nas dopadły paskudztwa. Teraz po raz pierwszy Nina przez dwa tygodnie nie opuściła ani jednego dnia. Początki były trudne, choć nie tragiczne. Był płacz przy rozstaniu, brak apetytu i kiepski nastrój. Na pewno w jakimś stopniu była to tęsknota za mną, ale myślę, że Nina głównie przeżywała nowe miejsce, obce osoby i inne zwyczaje. Ostatecznie zaadoptowała się szybciej i wcześniej od Antka. Nawet po styczniowej nieobecności, wróciła do dzieci bez płaczu. Rano nie ma może euforii, ale do sali idzie sama a będąc już na rękach opiekunki, macha mi na pożegnanie. Pięknie śpi na leżaczku i ma apetyt. Najgorszy moment zalicza, kiedy ją odbieram. Widzi mnie w wejściu do sali, biegnie w moją stronę i zaczyna szlochać. Ale znów, u mnie na rękach od razu pokazuje mi dzieci, zabawki i rysunki (jej pierwszy wisi już w galerii!).

Nina ma znacznie większe doświadczenie w spędzaniu czasu bez nas, niż Antek w jej wieku. Zaliczyła już weekend i jedną noc u dziadków. Nie spotkaliśmy się dotąd z jakimś silnym lękiem separacyjnym, ale jest teraz bardzo uważna. Kiedy odwiedzamy kogoś, pokazuje mi, żebym zdjęła kurtkę i buty. Cwaniara 🙂

Jak widać na zdjęciach, Nina chętnie posiaduje sobie na nocniku. To ewidentnie wpływ żłobka, bo obserwuje tam dzieci i je naśladuje. Kiedy zdejmujemy jej podczas takiej zabawy pieluchę, kompletnie nie wie, o co nam chodzi :)) Na ten moment przyjdzie nam chyba jeszcze poczekać.

USPOSOBIENIE

Nie dajcie się zwieść tym pięknym oczom i niewinnej mince. Ta dziewucha ma charakter i chyba nadal dopiero się rozkręca. Złości się, gdy coś nie jest po jej myśli i wchodzimy w okres dramatycznych scen rozpaczy. Szczypie, ciągnie za włosy, zrywa nam okulary z nosów i próbuje gryźć. Kiedy w tej swojej frustracji próbuje ugryźć stół albo podłogę, wygląda to naprawdę komicznie :)) Czasami przypominam sobie, że na Antka działał brak naszej uwagi – wyciszał się na tyle, żeby podejść i dać się przytulić. Z Niną nie jest tak lekko. Jak już się rozkręci, ryczy tak bardzo, że zaczyna kaszleć a wtedy miewa odruch wymiotny. Robię więc wszystko, żeby się nie nakręcała, często z korzyścią dla niej, ale co zrobić … 😉

Z Antkiem mają całkiem fajną relację, o której pisałam TUTAJ. To jej bohater i wzór, ale Nina to również córeczka tatusia. Mama to mama, ale jak tata wraca z pracy … Rzuca wszystko i biegnie w jego stronę z szerokim uśmiechem, rozpostartymi rękami i radosnym okrzykiem: „TATA! TATU!”. Wiem, że wszystkich nas kocha bardzo mocno, ale dla taty zarezerwowany jest bardzo duży kawałek tego słodkiego tortu 🙂

Jest charakterna, jak prawdziwa kobieta, ale to nie wszystko. Kiedy ktoś chwali jej sukienkę, wdzięczy się z uśmiechem. Uwielbia przymierzać korale i bransoletki a jeśli w tle leci „Wspaniałe Stulecie”, zakłada sobie chustkę na głowę … Tańczy do piosenek i śpiewa sobie pod nosem. Z Antkiem to wszystko mnie ominęło! Dlatego teraz to takie ciekawe odkrycia 🙂

ZDROWIE

Co ja Wam będę pisać. Sami widzicie, jaki teraz mamy okres. Katary, kaszle, zarazki, pełne przychodnie i oddziały. My od trzech miesięcy regularnie z czymś walczymy, ale są to głównie przeziębienia i zapalenie oskrzeli u Niny. I pomimo, że zwłaszcza luty nas wymęczył, bardzo doceniam to, jak jest. Dzieci w żłobku pokasłują a ja codziennie wypytuję opiekunkę, czy nie powinnam Niny zostawić w domu. Niestety wiem, że rodzice bywają bardzo nieodpowiedzialni i posyłają do placówek dzieci chore. Nie z pociągającym nosem a ze stanem kwalifikującym się do lekarza. Wiem też, że często robią to, bo muszą. Przechodziliśmy przez to przez rok z chorującym Antkiem i wtedy cała rodzina mobilizowała się, żeby opiekować się nim w warunkach domowych. Tak czy owak mam ten komfort, że nie muszę Niny posyłać, nawet gdy jest zdrowa. Nadzieję daje zbliżająca się wiosna. Niech już przyjdzie.

<