Jak wychować materialistów.


W naszych czasach to banalnie proste i pewnie jesteś na najlepszej drodze, aby Twoje dorosłe już dziecko przesadnie wysoko ceniło dobra materialne. Może nie wyrośnie z niego rasowy, bezwzględny materialista, ale chociażby ktoś, kto wiąże (a może nawet uzależnia) swoje szczęście i poczucie własnej wartości ze stanem posiadania – pieniędzy i gadżetów. Ktoś, dla kogo życiowe osiągnięcia będą definiowane najpierw przez rzeczy a dopiero potem przez relacje z ludźmi i jego miejsce w świecie. Nie mówię, że robisz to celowo i świadomie, choć bez wątpienia uczysz je czegoś, czego wcale nie chcesz. Dlaczego? Istnieje kilka powodów:

1. Dzieciństwo rodziców. Jestem z pokolenia “Peweksów”, pierwszych butelek Pepsi-Coli w kawiarniach i kolorowych zabawek z pochodów pierwszomajowych. Wychowując się na przełomie lat 80/90-tych naprawdę źle nie miałam, ale widząc, co oferują dzieciom dzisiejsze czasy, muszę przyznać, że zabawek miałam mało. Były Barbie i Ken, były klocki Lego, wózek – wszystko w rozsądnych ilościach. Zawsze jednak o czymś marzyłam, zawsze coś było poza moim zasięgiem. Pierwszy komputer dostałam tuż po maturze (tak, wtedy jeszcze zdawało się ją bez komputera i Internetu ;P). Kiedy więc widzę dzisiejszy świat zabawek, książek, gier i innych atrakcji, chcę żeby Antek z tego korzystał. Chcę spełniać jego marzenia. Chcę mu po prostu sprawiać radość. Nawet jeśli wiem, że w ten sposób, nawet w drobnym procencie, rekompensuję sobie tym moje dzieciństwo i zachcianki małej piwnookiej. A nie powinnam. Staram się o tym pamiętać i częściej od zabawek, kupować całej naszej rodzinie wspólny czas: w kinie, w sali zabawy czy na basenie. I nie zapominać przy tym o zupełnie darmowych i najprostszych atrakcjach w domowym zaciszu. 

2. Nagroda. Logiczną konsekwencją pierwszego punktu jest sposób, w jaki nagradzamy nasze dzieci za dobre uczynki i sukcesy: dobre oceny w szkole czy pomoc w obowiązkach domowych. I tak, drobne do skarbonki również się do tego zaliczają. A trzeba wspomnieć jeszcze tradycje obdarowywania dzieci nie ZA COŚ a Z OKAZJI czegoś: urodzin, Dnia Dziecka, Komunii Świętej, początku przedszkola/szkoły, Zajączka na Wielkanoc i oczywiście Świąt Bożego Narodzenia. Ilu z Was wytłumaczyło dziecku, że dostało prezenty od Św. Mikołaja, bo było grzeczne, miłe i pomocne? Przecież otrzymania prezentów niby nie powinno się uzależniać od czegokolwiek, od gorszych i lepszych dni. Więc jak to? Uczymy nasze dzieci, że dostały wymarzone zabawki “z urzędu”?

3. Deklaracja miłości. Jeśli nie możemy podarować naszego czasu i naszej uwagi, to sięgamy po  wymarzony i wyproszony gadżet. Nie z zimnej kalkulacji. Prędzej z poczucia winy i szczerej chęci wynagrodzenia dziecku pewnej luki. A poza tym, od widoku radości na twarzy dziecka można się uzależnić a zabawka zawsze gwarantuje zachwyt i błysk w oku. I tak wpadamy w pułapkę, bo kiedy częściej dajemy niż jesteśmy, zapominamy, że sami z siebie możemy sprawić tyle samo radości, co byle zabawka. Wierzymy, że przedmiot zrekompensuje brak nas samych. A przecież nawet najlepszy upominek ucieszy tylko na chwilę i z dużym prawdopodobieństwem nauczy, że posiadanie jest kwintesencją szczęścia.

4. Kara. Zdarzyło mi się zabrać Antkowi zabawkę w ramach kary za złe zachowanie, niewłaściwą zabawę albo niszczenie czegoś. Nawet jeśli tłumaczyłam przy tym wyraźnie, że swoje rzeczy trzeba szanować, że może zrobić krzywdę sobie lub innym, to nadał była kara. Praktyka zabierania zabawki, kiedy ta jest źródłem kłótni rodzeństwa albo kiedy skupienie na zabawie odcina dziecko od świata i od tego, co do niego mówimy, w dużym stopniu przyczynia się do rozwoju materialnej postawy u naszych dzieci. Dla nich zabranie czegoś co “ukochane”, jest często równoznaczne z końcem świata.

5. Przykład. Co tu dużo mówić. Przeważnie syn w dorosłym życiu chce BYĆ jak tata. Coraz częściej chce w przyszłości również MIEĆ to co tata. Smartfon, tablet, konsola, samochód … Wyjazdy a nawet ponadprzeciętnie atrakcyjna codzienność. Ciężko winić rodziców za taki a nie inny standard życia oraz za to, że spełniają swoje przyziemne zachcianki, gdy chcą i mogą. Pamiętać przy tym trzeba, że dziecko obserwuje i uczy się. Samo nie ustawi sobie priorytetów, jeśli nie będziemy mu przypominać, jak jego świat ma być skonstruowany i wokół czego powinien się kręcić. 

Czy to oznacza koniec Kinder niespodzianek i innych, spontanicznych upominków? Niekoniecznie! Co więc zrobić, by “zjeść ciasto i mieć ciastko?”. Wcale nie trzeba sztucznie (wbrew naszym przekonaniom i przyzwyczajeniom) ograniczać dziecku dóbr materialnych. Nadmiar zabawek (nawet jeśli wciąż dyskusyjny) nie musi zepsuć, o ile na równi z radością i satysfakcją postawimy również WDZIĘCZNOŚĆ. Nie tylko za to, co mamy ale przede wszystkim za LUDZI, za CZYNY, za GESTY i za każdy, najprostszy przejaw sympatii i dobroci. Czy gdy dziecko otrzymuje prezent, zadajesz mu do znudzenia pytanie: “A co się mówi?” Bo ja tak. Czy to nauczy go wdzięczności? Zdecydowanie nie. Nie obchodzimy w Polsce Święta Dziękczynienia a zgapiłabym je chętniej niż Halloween czy Walentynki. Z drugiej strony brak okazji motywuje do szukania jej w każdej możliwej sytuacji – w podsumowaniach dnia i podziękowaniach za wszystko dobre, co nam się przytrafiło i za ludzi, dzięki którym się to przytrafiło. We wspólnej modlitwie lub rozmowie. Im częściej będziemy tłumaczyli, dlaczego jesteśmy szczęśliwi i wdzięczni, tym bardziej świadome szczęścia i jego źródła będą nasze dzieci.

Jeśli Antek potrafi zapamiętać moje komiczne, czasami nielogiczne i banalne opowieści, które opowiadam mu przed snem a potem z zaskakującą dokładnością jest w stanie opowiedzieć je dziadkom, to znaczy, że zapamięta również tę część o wdzięczności. Zaczynam dzisiaj.

(źródło tekstu: sciencedaily.com; zdjecie: flickr.com)

Previous Moje sposoby na oszczędność czasu i energii.
Next Kolorystyczne kompozycje do wnętrz.

Suggested Posts

So this is Christmas…

Staycation – gdy wakacje nic nie kosztują a dają najwięcej.

Okiem doktora i badanie połówkowe.

I ciemność nam niestraszna.

Szneczki z powidłami i magicznym składnikiem.

Z myślą o mamach karmiących piersią.