Kamienie milowe matki.


Co kształtuje nasze macierzyństwo? Na ile jest to sprawa autonomiczna i indywidualna (cechy, predyspozycje, wzorce) a w jakim stopniu na naszą postawę wpływają informacje i opinie z zewnątrz? Myślę, że ciężko każdej z nas ocenić, co spowoduje, że jesteśmy takimi mamami, jakimi jesteśmy. Wierzymy w nasze kompetencje, albo wręcz przeciwnie. Analizujemy i szukamy odpowiedzi, czy też raczej bezrefleksyjnie powielamy wzorce naszych rodziców. Macierzyństwo, to z jednej strony doświadczenie w pielęgnacji i opiece, z drugiej to przede wszystkim relacje z dzieckiem.

Rozwój dziecka, zwłaszcza ten najbardziej dynamiczny w pierwszych 12-24 miesiącach życia, wyznaczany jest przez konkretne etapy i nowo zdobyte umiejętności. Są to zmiany bardzo znaczące, dlatego nazywa się je kamieniami milowymi. Nasza kochana, nieporadna kluska zaczyna dojrzewać: głużyć, chwytać przedmioty, siadać, raczkować, chodzić. Jej świat i zainteresowanie tym, co ją otacza stale się zwiększa. I tak jak ona się zmienia, tak zmienia się nasze macierzyństwo. Każdy nowy miesiąc jest inny niż poprzedni. Z każdym nowym etapem dziecka, wzbogacamy swoje doświadczenie w pełnionej roli.

Oswajamy się z tym co nowe, nie tylko dla dziecka, ale i dla nas. Zmieniamy swoje nastawienie wobec niego i całego otoczenia. Pewność i wiara we własne kompetencje, dystans wobec oczekiwań rodziny i znajomych a także coraz większa świadomość, że dziecko i my to dwa oddzielne byty. Każdy nowy etap dla nas, często poprzedzony jest obawami i stresem. Czasami obawy wynikają z wątpliwości w możliwości – swoje i dziecka. Osiągnięcie każdego nowego kamienia milowego przez mamę, to jej sukces – nawet jeśli osiągnięty stopniowo, czasami z wewnętrznymi oporami. Poniżej wymieniam kilka z nich 🙂

Daj, ja go/ją wezmę.

Dla osoby bezdzietnej albo mamy dwójki + (która już to przeszła i zapomniała) może to wydać się absurdalne, ale świeżo upieczona mama bardzo często czuje niepokój, gdy ktoś wyciąga ręce po jej dziecko. Ile w tym wpływu hormonów, instynktu albo zwyczajnie braku zaufania? Nie wiem. Główkę ma za nisko/za wysoko. I po co te czułości? To jeszcze noworodek! Nie lubi tego – myśli.  Niecierpliwie wierci się w fotelu i tylko czeka na najmniejszy sygnał głodu/niewygody/tęsknoty za mamą, żeby przejąć kontrolę. Kąpiel w wykonaniu taty, karmienie przez babcie?! Z Antkiem miałam z tym problem. Dzięki kp miałam go co prawda na wyłączność, ale przez długi czas towarzyszyłam M. podczas kąpieli. Radził sobie świetnie, ale ja czułam, że muszę być z nimi w łazience. Są kobiety, które nie dopuszczają mężów/partnerów do przewijania i kąpania. Spacer babci sam na sam z wnukiem? Hardkor!

A kiedy już odważą się albo przez wypadki losowe zostają zmuszone zrobić ten pierwszy krok, w 99% przypadków czują się jak podczas dokonania wspaniałego odkrycia. Nic się nie stało! Wszyscy mają się świetnie a dziecko nawet nie zauważyło jej nieobecności. Szybko do nich dociera, że przekazanie pewnych obowiązków i zajęć innym, nie czyni z niej ani mamy zaniedbującej dziecko, ani nie naraża jej największego skarbu na niebezpieczeństwo. To pierwszy, ważny krok w procesie “odcinania pępowiny” i okazja dla mamy, by wykorzystała tę odrobinę czasu tylko dla siebie.

Wiedza.

Każda informacja to ważny krok. Im więcej wiemy, tym pewniejsze jesteśmy w swojej roli. Tym trudniej ulegamy opiniom otoczenia i tym łatwiej same rozwiewamy nasze wątpliwości. Tak jak z każdą wysypką biegniemy do lekarza (ew. koleżanki), tak w kwestiach wychowawczych warto sięgnąć po opinie i teorie specjalistów (Searsowie, Gonzales, Karp, Musiał – to tylko kilka z ważnych nazwisk). Moje macierzyństwo sprzed 4 czy 5 lat nie przypomina tego z dzisiaj. Nie tylko ze względu na doświadczenie, ale przede wszystkim właśnie dzięki wiedzy. Dziś np. o świecie emocjonalnym dziecka wiem znacznie więcej niż kiedyś. Znam alternatywy dla tzw. tradycjnych metod wychowawczych i wiem, że działają. Potrafię lepiej zrozumieć Antka i Ninę. Nie chcę tylko “oduczyć” ich niepożądanych zachowań, ale dociekam, co może je powodować. I w końcu: widzę swoje błędy i staram się je naprawiać, bo wiem jak.

Pierwsza butelka.

Dla mam, które nie karmią piersią, to po prostu przedmiot codziennego użytku. Dla mam, które (czasami przez długie miesiące) są jedynym źródłem pokarmu dziecka, butelka zyskuje nowe znaczenie. Jeśli butelkę w ogóle zdecydują się wprowadzić – z Niną przez całe 13 miesięcy kp nie miałam akurat takiej potrzeby. Z Antkiem owszem. I było to słodko-gorzkie doświadczenie. Znów zapewne niezrozumiałe dla wszystkich, graniczące z dziwactwem. Bo ta butelka była symbolem rozpoczęcia nowego etapu, kiedy ja-mama nie jestem bezwzględnie potrzebna. Kiedy inni mogą zapewnić mojemu dziecku to samo, co ja – pokarm i czułość. I w jakimś sensie było też poczucie winy, że zastępuję siebie butelką, choć wiedziałam, że nie jest ona niczym złym.

Moje rozterki odeszły bezpowrotnie po którymś karmieniu i wiedziałam już, że świat dla nikogo (a zwłaszcza dla dziecka) się nie zawalił. I absolutnie nie oznaczało to, że stałam się mniej ważna dla Antka i całej rodziny.

Pierwsza noc poza domem.

Najczęściej u dziadków czy ukochanej cioci. My – rodzice pierwszy raz bez kąpieli, bez czytania, bez całusów na dobranoc. Bez nocnego sprawdzania, czy przykryte, bez porannego budzenia i figli w piżamach. Gdyby nie to, że debiut dzieciaków odbył z okazji naszego weekendowego wyjazdu, pewnie pisałabym i dzwoniła regularnie. A i bez tego myślami byłam z nimi. Czy zasną bez problemów? Jak minie noc? Czy rano nie zatęsknią?  A jak zachorują? Musiałam się zmierzyć ze swoimi obawami i odganiać natrętne myśli, że oto ktoś inny utuli je do snu a rano przygotuje ulubione kakao. Jednak ostatecznie dzięki tej przerwie nie tylko odpoczęłam od rutyny, ale też zyskałam nowe doświadczenie. I w jakimś sensie swoją własną, osobistą swobodę.

Pierwsze “NIE”.

I wcale nie mam na myśli tych pierwszych protestów, kiedy dziecko poznaje, że może się na coś nie godzić, prostestować i robi to z przytupem. Wtedy jeszcze próbujemy nagiąć jego decyzje do naszej woli a całokształt zachowania właśnie z tej przyczyny nazywamy okresem buntu. I choć zmiana dziecka już wtedy jest diametralna (bo jeszcze niedawno obracaliśmy, przebieraliśmy i karmiliśmy wedle naszego uznania a teraz próby przwinięcia wywołują istną burzę!), nową erę prawdziwie zauważamy nieco później. W pewnym momencie to już nie maluch, który z góry jest na “nie”. To mały człowiek, indywidualność, której wola nie zawsze zbiega się z naszymi życzeniami i oczekiwaniami. Odmowa założenia nowych spodni (które nam serce skradły w sklepie), odmowa udziału w zawodach czy konkursie recytatorskim. Jeśli zapytamy, skąd taka właśnie decyzja, usłyszymy konkretne powody. To jest ten moment, w którym zauważamy, że przyszedł czas, abyśmy my nauczyli się akceptować pewne decyzje dziecka. Pozostaje nam rozmawiać i przekonywać a czasami przełknąć “porażkę”.

Czas na samodzielność.

Czas płynie szybko. Zauważamy zmiany dookoła, tylko najpóźniej dotyczy to naszych dzieci. A one nagle nie są już maluchami, którym trzeba we wszystkim pomagać i we wszystkim je wyręczać. Nie pomaga nam też fakt, że dla nas matczyna miłość i troska równoznaczna jest z opieką nad wszystkim. I tak ubieramy nasze przedszkolaki, przynosimy kubek z napojem, robimy kanapki. Nie wspominając już o prostych obowiązkach domowych. Dziwnie się czułam, kiedy pierwszy raz powiedziałam Antkowi, żeby sam sobie zrobił kanapkę. Ja w fotelu w salonie, on na stołku w kuchni, smarujący chleb masłem. Ale z drugiej strony, czy nie właśnie od takich drobnych czynności powinniśmy wspierać samodzielność dzieci? Takie przykłady nadal są u nas rzadkością, bo ciężko mi się przemóc. Ale powiem Wam, że ten pierwszy raz, kiedy zrobił sobie tę kolację i ją zjadł ze smakiem, to było fajne uczucie naszego wspólnego sukcesu 🙂

Bałagan, czyli nowy członek rodziny.

Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że wraz z pojawieniem się dziecka, mój dom już nigdy nie będzie taki sam. Może nie tyle idealnie czysty, ale poukładany. Taki, w którym każdy przedmiot ma swoje miejsce a ja kontroluję każdy kąt. Dziś większość mojego sprzątania to nie okurzanie czy mycie podłóg a właśnie odkładanie zabawek i bibelotów na ich miejsce. Schody regularnie pełne są przedmiotów, która mają trafić na piętro. Zabawki wędrują z jednego pokoju do drugiego. W łazience kubki, w kuchni gumki i szczotki do włosów. Jeszcze do niedawna nie dawało mi to spokoju. Chodziłam wkurzona, bo wystarczyło odpuścić jeden, dwa dni i ogarnianie zajmowało mi dwa razy dłużej. Sapałam już na sam widok kolejnych zabawek, wyjmowanych przez dzieciaki z pudeł i szafek. Owszem, przypilnowane większość sprzątną same, ale i tak muszę kontrolować, gdzie co wkładają, bo następnym razem to ja będę musiała znaleźć tego jednego, konkretnego, najważniejszego ludzika Lego.

W końcu odpuściłam. Jak? Na pewno nie z dnia na dzień. Powoli i początkowo z trudem zaakceptowałam to, że bałagan jest częścią naszej codzienności. Nigdy nie zostawię go samego sobie, ale dawkuję sobie zbieranie i porządkowanie. Nie chcę, żeby mnie frustrował (bo wtedy odbija się to wszystkich) i nie chcę, żeby zabierał mi czas, który mogę spędzić z rodziną.

 Powrót do pracy.

To zwykle gruby kaliber, bo oznacza koniec wyjątkowego czasu wyłącznej opieki nad dzieckiem. Część z nas wraca do świata dorosłych jak na skrzydłach, bo jest to coś, czego potrzebuje. Część boryka się z ogromnymi wyrzutami sumienia i lękiem. Wspólne są zwykle nostalgiczne myśli, że tak dużo stracimy z życia naszych dzieci. Umkną nam ważne momenty i nie będzie nas, kiedy będą potrzebowały czułości i pocieszenia. Paradoksalnie bardzo pomocny jest sytuacja, w której po prostu musimy wrócić do pracy. Jeśli natomiast jest wybór, wiele mam robi krok w tył.

Faktem jednak jest, że ten moment jest nieunikniony. Dziecko potrzebuje przestrzeni, chociażby po to, by mogło rozwijać swoje umiejętności społeczne. A my? My potrzebujemy przerwy i okazji, by zatęsknić i docenić. Ostatecznie nie jest tak bardzo ważne to, co tracimy przez te kilka godzin a to, co możemy zyskać w pozostałych, już razem.

***

I tak oto prezentuje się moja subiektywna lista kamieni milowych matki. Krótka jest zdecydowanie, ale mam dopiero 5-letnie doświadczenie. Przede mną jeszcze sporo nowych etapów i ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi 🙂 A jak Wy podchodzicie do tematu? Możecie wymienić inne momenty przełomowe, które zmieniły, wzbogaciły Wasze macierzyństwo?

(zdjęcie: flickr.com; autor: James Goodman)

Previous Między faktem a fikcją, czyli burza wokół nowej ustawy antyaborcyjnej.
Next Zakupowe HITY marca.

Suggested Posts

Hello Monday!

Pokaż mi swoją choinkę a powiem Ci, kim jesteś.

I trymestr – niby po staremu a jednak …

Garść inspiracji: Pokój dziecka.

Blogi fachowe i do rzeczy.

Rodzinnie w Aquariusie.