Między faktem a fikcją, czyli burza wokół nowej ustawy antyaborcyjnej.


Rozżarzonego tematu projektu nowelizacji ustawy antyaborcyjnej w ogóle nie zamierzałam komentować. Nikt mnie zresztą o zdanie nie pytał a ja sama nie czuję się do końca odpowiednią osobą, aby ten temat poruszać publicznie. Po zdrowych, zaplanowanych ciążach, urodziłam dwoje zdrowych dzieci. W dramaty innych kobiet potrafię wczuć się jedynie pośrednio. Mogę próbować sobie wyobrazić ból i rozpacz w związku z ciężką chorobą dziecka, które noszą pod sercem. Mogę zastanawiać się, jak smakuje rozdarcie i walka z własnym sumieniem, kiedy trzeba podjąć ostateczną decyzję. Boję się myśleć, co czuje kobieta skrzywdzona a horror, jaki przeszła dodatkowo dał nowe życie. Jestem jednak kobietą. Mam córkę, która kiedyś dorośnie a los stawi ją w różnych sytuacjach i przed różnymi wyborami. Dlatego temat jest dla mnie ważny i ciężki. Zwłaszcza, żeby podejmować go pochopnie i w emocjach.

Nie będzie to tekst o gościach w sutannach i o PiSie. Nie będzie o tym, że moja macica należy tylko do mnie. Nawet wieszaka tu nie zobaczycie. Sporo już słów wylano w tym temacie, mocnych i obrazowych. Po części uzasadnionych a po części … no właśnie.

Z jednej strony tytuły newsów na portalach, z drugiej transparenty pod sejmem, z trzeciej blogi. I wszystkie te emocje rozumiem – gniew na rząd, gniew na Kościół (że ingeruje we wszystkich obywateli – wierzących i niewierzących), poczucie łamania podstawowych praw obywatelskich, sprzeciw wobec prób dyktowania kobietom, jak mają żyć i kiedy oraz w imię czego cierpieć. Rozumiem ten zryw do walki, nawet media rozumiem, że z premedytacją podgrzewają atmosferę. Nie dziwię się, że blogi kobiece i parentingowe kipią dziś jednym tematem. Tyle tylko, że akurat tymi ostatnimi jestem jednak strasznie zażenowana.

Ile takich osobistych tekstów przeczytałam w ciągu ostatnich dni? Sporo. Komentarzy czytelników jeszcze więcej. Odszukałam projekt nowej ustawy a mając w głowie te wszystkie teksty, nie bardzo wierzyłam w to, co czytam. A potem trafiłam na dwa ciekawe i jakże inne wpisy. Pierwszym jest tekst Joanny z bloga www.matkatylkojedna.pl a drugim ciekawe spojrzenie Tomka Tomczyka. Oboje bardzo trafili w moje myśli w temacie. Sięgneli głębiej, pod warstwę populistycznych haseł i nie dali się omamić mediom. Przeczytajcie koniecznie.

Mam wrażenie, że cała reszta (jeśli jakiś tekst mi umknął – dajcie znać) siadła do komputera na gorąco, napompowana strzębkami informacji, z mniej lub bardziej rzetelnych miejsc. Dała się ponieść hasłom i zamiast zajrzeć do treści projektu nowelizacji ustawy, zaczęła powielać przejaskrawienia i kłamstwa.

Według wielu autorów, skutkiem wejścia w życie nowej ustawy będzie na przykład brak dostępu do badań prenatalnych, bo wiele z nich jest bardzo inwazyjnych i przez to obarczonych sporym ryzykiem dla zdrowia i życia dziecka a lekarze będą bali się je przeprowadzać. Każde poronienie będzie wskazywało na winę kobiety, która np. była zbyt aktywna w ciąży. Każdym poronieniem zajmie się prokuratura a kobieta pójdzie do więzienia. Zdrowie matki nie ma żadnego znaczenia, bo liczy się tylko nienarodzony człowiek i jego zdrowie oraz życie. Lekarze nie będą podejmowali żadnych prób leczenia kobiety w ciąży ze strachu przed konsekwencjami dla dziecka. Z tego samego powodu nie będą podejmowali prób leczenia samego dziecka. Jeśli umrze, oni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. W imię ochrony życia, matki będą umierały i osierocą swoje starsze dzieci. Jedna z komentujących osób właśnie dziś się dowiedziała, że ustawa już została przegłosowana. Chyba tyle wystarczy.

A teraz treść projektu nowelizacji ustawy:

 

Dla jasności: projekty ustawy o obecnej treści jest zły. Jestem podobnie jak Wy przeciwna zaostrzeniu przepisów i nie ma mojej zgody na zakaz przerywania ciąży pochodzącej z gwałtu oraz dokonywania aborcji w przypadku ciężkich wad genetycznych dziecka, które nie dają żadnych szans na życie poza łonem matki. Nie ma dla mnie uzasadnienia dla skazywania – czy to matkę, czy dziecko – na cierpienie.

A teraz przeczytajcie dokładnie podkreślone fragmenty i poprawcie mnie, jeśli się mylę. Są bardzo ogólne i dają spore pole do interpretacji, ale nigdzie życie dziecka nie jest postawione wyżej, niż życie matki. Żaden z artykułów nie zabrania podejmowania prób leczenia zarówno dziecka, jak i matki. Nawet jeśli badania te niosą ze sobą ryzyko powikłań, być może nawet śmierci dziecka. Nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka (a więc np. naturalne poronienie, będące następstwem wad genetycznych płodu) nie skutkuje odpowiedzialnością karną matki.

Czytam opinie, że nikt nie będzie ratował życia matki w imię prawa do życia jej dziecka. Po piersze to absurd, bo śmierć matki jest równa śmierci jej dziecka. Jestem ciekawa, o jakich zagrożeniach dla zdrowia i życia matki piszą autorzy tekstów? Nie jestem lekarzem i spontanicznie mogę wymienić ciążę pozamaciczną, czy np. krwotok (będący nota bene również efektem poważnych wad). Tu mocno nie zgodzę się z Joanną. Czy naprawdę ktoś wierzy, że takie przypadki nie będą kwalifikowały się do bezwględnego ratowania życia i zdrowia kobiety? Wyobrażacie sobie, aby lekarz odmówił leczenia i koniecznych zabiegów ze strachu przed odpowiedzialnością? Przecież oni to mają na co dzień. Co z prawem do ochrony zdrowia, które wszystkim obywatelom gwarantuje Konstytucja? Napiszecie zaraz, że Trybunału Konstytucyjnego nie ma a Rzecznik Praw Obywatelskich niewiele wskóra. A ja się nie zgodzę. I niech to będzie wyraz mojej wiary w to państwo lub naiwność. Jak kto woli.

Wszystkie czarne scenariusze powstają na podstawie projektu ustawy, który jeszcze z 15 razy może się zmienić. Nie wiadomo, w jakiej formie trafi do sejmu i czy w ogóle. I mówiąc szczerze, jestem przerażona. Już nie samymi planami zaostrzenia ustawy, ale tej całej paranoi. Bo tym właśnie jest to, co dzieje się obecnie w Internecie. Z jednej skrajne hasła przedstawicieli pro-life, z drugiej ruchy ultra-feministyczne, skandujące: “Aborcja dla każdego!”. A pomiędzy dwoma biegunami rzesza autorów, którzy piszą jak w jakimś amoku.

Bardzo się cieszę, że żyję w czasach wolności słowa, z powszechnym prawem do manifestowania swoich przekonań. Nie neguję pikiet i manifestacji, tylko jak widać i tu mamy drugą stronę medalu. Najpierw prowokacja w Kościele Św. Anny, o której ciekawie napisała Magda z bloga www.dziewczynazobrazka.pl, teraz huczna akcja #trudnyokres, czyli masowe wysyłanie przez kobiety maili do Premier Szydło, jej Kancelarii czy prezesa Kaczyńskiego – sprawozdań z przebiegu cyklu – menstruacji i owulacji między innymi. Po co? Żeby wiedziała, co w każdej z tych obywatelek piszczy, skoro rząd tak bardzo chce się dobrać do naszych macic. No ok, jest zryw, są heheszki. I co dalej? Autor(ka) wydarzenia na Facebooku nie podpisuje się swoim nazwiskiem, tylko wysyła przed szereg swojego psa. Obawiam się, że cała akcja zwróci się przeciwko jej uczestniczkom, bo kto będzie słuchał “oszołomów”?

A można było od razu uderzyć do Papieża Franciszka.

Bardzo żałuję, że debata (jeśli można to jeszcze tak nazywać) przybrała taką formę. Nie ma sposobu, aby o tak trudnym temacie rozmawiać merytorycznie. Nie ma szans na kompromis. Szkoda, że Kościół raz mówi jedno, później gdy pytany o konkretne zapisy, zasłania się ustawodawcą (jak dziś ks. Kloch u Moniki Olejnik). Wielu autorów narobiło dużo niepotrzebnego szumu, o co zresztą faktycznie chodziło. Wystarczyło wypuścić newsa, reszta się sama potoczyła. (Jak myślicie, co jutro będzie gorącym tematem w mediach? Panama Papers?) A wystarczy przeczytać jeden dobry wywiad z lekarzem, np. ten z prof. Dębskim, przeanalizować wszystko na spokojnie. A czasami wystarczy po prostu nie zabierać publicznie głosu w ogóle.

(zdjęcie: hec.edu)

Previous "Bliźniaki?! Nie ma szaaaans ..." - Czy aby na pewno?
Next Kamienie milowe matki.

Suggested Posts

Matka Natura czyta dzieciom.

Garderoba ciążowa, czyli co warto kupić i w jakich ilościach.

Dlaczego czasami mam w życiu pod górke?

Pielęgnacja skóry jesienią i zimą, czyli kosmetyki do zadań specjalnych!

Gry dla przedszkolaka (i całej rodziny) – nasze sprawdzone typy.

Internet w cenie 208 kcal. Serio Orange?