Król rytuałów.


Też masz czasem wrażenie, że jesteś więźniem rodzinnych rytuałów? Bo my z mężem jak najbardziej. I nie mam tu w zasadzie na myśli własnych, takich codziennych natręctw. A nawet nam swoimi powinnam popracować, bo dla przykładu prędzej czy później urwę klamkę drzwi wejściowych (tak mocno i długo sprawdzam, czy zamknięte) albo wykończę męża codziennym pytaniem, czy zrobił coś, co robi odruchowo np. wyłącza światła (takie to jego natręctwo).

Wspomniane już w tytule rytuały dotyczą Antka a z nimi mamy do czynienia już od jego narodzin. Bo w teorii (tej zawartej w poradnikach) a przede wszystkim w praktyce, rytuały w życiu dziecka są bardzo ważne. Powtarzalność pewnych czynności, stałe ich pory i wszelkie schematy wprowadzają porządek w jego życie. Również w życie rodziców. Zresztą, jeśli jesteś rodzicem, na pewno dobrze o tym wiesz.

Pierwsze rytuały były nieskomplikowane a decydowaliśmy o nich wyłącznie my, poprzez obserwację naszego dziecka. Pora spacerów, drzemek, zabawy, kolacji, kąpieli i snu. Z czasem był to wspólnie ustalany porządek i ilość pewnych czynności. Im bardziej Antek zdawał sobie sprawę z faktu, że posiada swoją wolę i potrafi a przynajmniej próbuje ją za wszelką cenę przeforsować, proces ustalania nowych schematów stawał się coraz bardziej – nazwijmy to – “skomplikowany”. Kto ma albo miał w domu małego zbuntowanego anioła ten wie, że to mniej więcej wynik prostego równania gdzie my to X a Y to dziecko: otwartość X pomnożona przez ilość proponowanych pomysłów przez Y a to wszystko podzielone przez cierpliwość X minus sprzeciwy i żądania Y. Przez ostatnie +/- 2 lata przeszliśmy przez kilka rytuałów, które w naturalny sposób ewoluowały wraz z dorastaniem synka. Część porzuciliśmy, kiedy wkroczyliśmy w erę żłobka i przedszkola i być może przez to część jeszcze bardziej urosła na znaczeniu.

Kiedy ostatnio z każdym dniem coraz bardziej zmęczona wychodzę wieczorem z pokoju Antka, zaczęłam sobie uświadamiać, że ktoś tutaj sobie nieźle z nami pogrywa. No bo niby jak z wszystkim – staramy się zachować zdrowe i wyważone podejście. Nie kładziemy dzieciaków spać ze stoperem w ręku. Ale nawiązując do równania powyżej, czasami nasza otwartość nie jest współmierna do ilości pomysłów. Czasami jesteśmy – nie boję się użyć tego słowa – za miękcy, choć jestem pewna, że to najczęściej zmęczenie zaburza trzeźwość umysłu. I od razu zaznaczę, że dzieciaki chodzą spać codziennie o tych samych porach i ok godz. 20:30 oboje już śpią. No chyba, że Nina nie może się zdecydować, czy smoczka potrzebuję i stale go wypluwa, a Antek sam ze sobą prowadzi dysputy. Nie czas w tym wszystkim zwrócił moją uwagę, a scenariusz . A ten jest barwny i jak dzisiaj zaczęliśmy relacjonować z mężem, co się dzieje, podczas ich “męskiej” kąpieli a co, gdy ja przejmuję Antka, to oboje brechtaliśmy jak fretki. No sami zobaczcie!

Poranek.

Te poranne są ograniczone czasowo  i Antek rozumie, że idzie do przedszkola a tata do pracy. Co nie znaczy, że na tę porę  nic nie udało mu się ugrać! Otóż najczęściej budzi mnie tupanie, dochodzące z pokoju obok. I już wiem, że mąż jest gorylem, który budzi swojego synka … goryla. Za chwilę następują jakieś zapasy (mąż już ubrany w koszule i spodnie!) i warknięcia – czyli trwa walka między Tarzanem a Kerczakiem (nie pytajcie który jest którym). Aktualnie w harmonogramie jest jeszcze sprawdzenie kalendarzy adwentowych, poranna toaleta … i wtedy można się ubierać. Czasami w gorszym dniu, kiedy zły humor narasta i istnieje zagrożenie wybuchu (a tego grafik z uwagi na pozostałe punkty raczej nie przewiduje), ratuje nas bajka w telefonie. Takie życie … No ale najczęściej wtedy już tylko całuski ze mną, wybór jednej z dwóch maskotek do przedszkola i pooooszli!

Edit: Dzisiaj był jeden z tych gorszych dni, kiedy ubrać się chciał tylko ze mną a ja w tym samym czasie karmiłam Ninę. Wszelkie “rozweselacze”, łącznie z bajką poszły w ruch a i tak największą robotę odwalił śnieg! Na widok milimetrowej warstwy Antek tak się ucieszył, że z diametralnie innym nastrojem zakładał kurtkę i śniegowce.

Wieczór.

Tu dopiero zaczyna się zabawa 🙂 Kiedy Nina jest już wykąpana, przejmuję ją na karmienie i usypianie a panowie zaczynają rytuał kąpieli. Zanim Antek wskoczy do wody, jest Spider-manem:  wspina się po ścianach oraz skacze z  wanny (trzymany oczywiście). Samej kąpieli towarzyszą rozmowy, zabawy zabawkami z podziałem na role, ale w końcu ubrany w piżamę Antek idzie do swojego pokoju i wybiera jedną książkę do czytania. Jeszcze czyszczenie nosa z tatą i wkraczam ja.

Od niedawna po czytaniu, mamy nowy punkt programu. Pokazywałam go  na Instagramie. Naiwnie sądziłam, że świecące bransoletki (100 sztuk za jakieś 25 zł do kupienia w Obi) skutecznie zajmą Antka i wyeliminują któryś z etapów usypiania. Tymczasem wyszło zupełnie na odwrót i wydaje się, że scenariusz nasz został na jakiś czas wzbogacony! Hurra 🙂 No więc po czytaniu odgadujemy kolory patyczków i robimy z nich bransoletki. Ostatnio po pięć sztuk a liczba ta jest wynikiem ostrych negocjacji – ja chciałam dwie, a Antek dużo. Nie ma to jak odnieść sukces  😉 Następnie gasimy światło i teraz drogi są dwie: albo ja jestem synkiem misiem a Antek tatą misiem i odgrywamy jakąś scenkę, albo opowiadam mu krótką historię z udziałem spontanicznie wybranych bohaterów. Wczoraj na przykład to była opowieść o drużynie wilków i misiów. Wymyśliłam, że grali mecz piłki nożnej, ale wynik nie spodobał się Antkowi i wg. niego wygrały obie drużyny. Ech 😉 Na historii się nie kończy! Koniecznie musi być jeszcze wierszyk. Nie tam jakieś “Wpadła gruszka do fartuszka …” czy “Mam trzy latka …”. To już przerabialiśmy. Teraz Antek rzuca mi hasło a ja spontanicznie wymyślam rymy! Staram się, ale po całym dniu ciężko u mnie z wysiłkiem umysłowym takiej rangi… No nic, zazwyczaj nawet najbardziej absurdalny wierszyk daje radę. I zaraz koniec usypiania! Zaraz …

Jeszcze łyczek picia, przytulenie, całuski naprzemienne, wyznania miłości i głaskanie (przeforsowałam 5 głasków – taki ze mnie negocjator). Wtedy zazwyczaj już wychodzę. Zazwyczaj, bo czasami, kiedy już jestem w drzwiach słyszę: “Mamooooo….” – Tak? – A … (i już wiem, że zmyśla na poczekaniu!) – No? – A…. podasz mi małe autko? Teraz już podaję dla własnego spokoju. Antek dobrze wie, że jest pora spania a nie zabawy i wolę, że uśnie z samochodem w ręku niż zacznie się rozkręcać z marudzeniem. Po tym już stanowczo wychodzę i wtedy możemy odpocząć!

W całej tej sytuacji cieszą mnie dwie rzeczy. Po pierwsze to czas absolutnie nasz, całkowicie poświęcony Antkowi. Bez telefonów, omawiania ważnych spraw i też bez Niny, która jak wiadomo non stop odwraca uwagę. Po drugie, rytuał usypiania jest i może rozbudowany, ale jeszcze nigdy, przenigdy nie zdarzyła się sytuacja, kiedy Antek buszowałby po domu do późnych godzin wieczornych. Nie wiemy co to sytuacja pt.: “22:00 a tu zabawa w najlepsze”. Zastanawiam się tylko, czy u Was też tak jest? Też macie stałe punkty programu, bez których wieczór absolutnie nie może się obejść? Jestem ciekawa, jak to jest u innych.

 (zdjęcie: flickr.com)

Previous Na śniadanie.
Next Na śniadanie.

Suggested Posts

Wprawnym okiem – wszystko, co musisz wiedzieć na temat Becikowego.

SmartMamą być, czyli aplikacje przydatne w ciąży.

Moje miejsca w Sieci.

Małe zmiany, istne rewolucje i wrześniowy nokaut.

Kiedy ktoś w końcu o nas pomyśli?

Pierwszy miesiąc Niny … i mamy.