Antkowe myśli zebrane część 9.


Przyznaję z ręką na sercu – opuściłam się. To znaczy zapisuję nadal komiczne, zaskakująco trafne i ciekawe teksty Antka, ale ostatnio on zmienia się i rozwija w ekspresowym tempie i po prostu … nie nadążam. Nie ma teraz dnia, żeby nas czymś nie rozbroił. Po pierwsze dlatego, że coraz więcej rzeczy zaczyna go interesować. Łapie informacje z czytanych mu książek, z bajek oraz programów i z zabaw w przedszkolu – a tam jest jak na targowisku. Na stosunkowo małej przestrzeni, niemal dzień w dzień zderzają się ze sobą rożne osobowości. Dzieciaki podłapują od siebie język, przekazują sobie mniej lub bardziej sprawdzone teorie, poznają konflikty i rozwiązują je na swój sposób.

Antek ma też regularny kontakt z Dziadkami, którzy są kolejnym źródłem nowej wiedzy i doświadczeń. To taka nasza ciekawa obserwacja ostatnich tygodni: im dalej dobrze znany nam kilkulatek wypuszcza się w świat, im większe jest jego zainteresowanie tym światem, tym my – rodzice tracimy na monopolu wychowawczym. W teorii to zupełnie oczywiste, ale w praktyce to dla nas całkiem nowe i ciekawe doświadczenie. Nie my jedyni decydujemy o treściach, z którymi się styka i nie jedyni tłumaczymy mu świat. Dom, choć nadal najbardziej odpowiedzialny za rozwój i ukształtowanie się (na każdej możliwej płaszczyźnie) młodego człowieka, staje się jednym z kilku filarów. I wyraźnie widzimy to teraz. Słodki lub gorzki smak konsekwencji wyborów poznaje w grupie rówieśniczej a np. autorytetem w danej dziedzinie staje się pani w przedszkolu, pan z telewizora albo kolega z sąsiedniej sali.

Antek: Przytulałem brzozę! – wita mnie kiedyś, po spacerze z Dziadkami.

Ja: No i?

Antek: Mam teraz dużo energii. Aaaaa!

Obecnie mamy też czas rozwijającej się wyobraźni, która z jednej strony niesamowicie urozmaica zabawę, a z drugiej nie pozwala zasnąć w ciemności. Pytania na coraz poważniejsze i złożone tematy prowadzą do rozmów a dla nas niesamowicie ciekawy jest tok rozumowania kilkulatka. Paradoksalnie to, co dla nas wydaje się trudne do wyjaśnienia, jemu udaje się cudownie uprościć. Tak jak podzas jednej z rozmów…

Ja: Jutro jest Dzień Zmarłych i po południu pójdziemy na cmentarz.

Antek: Po co?

Ja: Żeby zapalić znicz – światełko na znak, że pamiętamy o tych, których już nie ma z nami. – wyjaśniam możliwie delikatnie, obawiając się, na jaki temat może to nas nakierować (a przed snem wolałabym takiego kalibru nie poruszać).

Antek: Bo umarli. – stwierdza zupełnie neutralnym tonem i zmienia temat.

Innym razem padło pytanie o duszę. Wyjaśniliśmy najprościej, jak się dało, ale mina Antka pokazywała, że opisane przez nas coś, co każdy z nas ma w środku, ale tego nie widać, nadal jest kosmiczną abstrakcją. Pobiegł do zabawek a my nie drążyliśmy. Jakiś czas później czytaliśmy legendę o księżniczce Ludgardzie, która została otruta przez niedobrego męża. Była też mowa o duchu Ludgardy, który po dziś dzień chodzi po zamku w Poznaniu. I znów gotowa byłam wyjaśniać, że to tylko legenda i duchów tak naprawdę nie ma. A tymczasem zgrabnie podsumował to Antek:

Antek: Bo ona umarła i wypuściła duszę.

Tak więc aktualne są u nas tematy egzystencjalne, ale też te zupełnie przyziemne, powiedzmy z życia wzięte. Przemielone w głowie dają podstawy do ciekawych teorii:

Antek: Będziecie mieli nowego dzidziusia? – zapytał zaskoczony, kiedy zobaczył nas obejmujących się w biegu, między kuchnią a pokojem.

M: Co?!

Ja: Dlaczego?!

Antek: No bo się przytulacie. – wyjaśnił nam to jak najbardzej oczywistą rzecz na świecie.

Zabrzmiało śmiesznie, może nawet trochę strasznie, ale ja wiem, skąd to pytanie. Mieliśmy już wcześniej rozmowę o tym, skąd się biorą dzieci. Wtedy znów uważając, żeby nie przytłoczyć informacjami, sprowadziłam całość do naprawdę mocnego przytulenia, które dzieje się, gdy się kogoś bardzo mocno kocha. I jak widać zostało to dobrze zapamiętane.

A skoro mowa o okazywaniu i nazywaniu uczuć, jest to nadal element każdego dnia. Myślałam, że faza na wyznawanie miłości (niestety zgodnie z prawami każdego wieku) minie a tymczasem “Kocham Cię mamuś” pada spontanicznie, w najmniej oczekiwanym momencie czy miejscu: w sklepie (podczas pakowania jabłek), w toalecie w Ikei (podczas poprawiania spodni) albo w trakcie powrotu z przedszkola. I oczywiście przed snem albo w środku nocy:

Antek: Jeszcze chce mi się pić.

Ja: Mam na górze wodę, doleję co? – dobrze wiem, co odpowie, ale zawsze jest ten procent nadziei.

Antek: Nie, chcę jabłkowego. – jak zwykle prosi o odrobinę do smaku.

Ja: Antek, jest środek nocy, jestem bez okularów i jest ciemno. Napijesz się i spać. – negocjuję.

Antek: Nieeee. – podniesiony głos to znak, że albo idę dolać soku, albo zaraz będę miała dwie obudzone marudy.

Ja: Dobra, ide!

Antek: Mamo! Założ okulary!

Rozczulają mnie ostatnie słowa, ale schodzę do kuchni, sapiąc i marudząc pod nosem. Potem wracam i już naprawdę spieszno mi do snu. Antek pije łapczywie, odstawia kubek a kiedy wychodzę dodaje: Paaa mamuś, kocham Cię najbardziej w całym kosmosie. I choćbym już była prawie pod kołdrą, wracam i odszeptuję to samo do ucha.

***

Ja: Antek, a co to jest miłość?

Antek: Jak się kogoś kocha.

Ja: A skąd wiadomo, że się kogoś kocha?

Antek: Tutaj to czuć. – pokazuje na serce.

***

Nigdy nie byłam, nie jestem i pewnie nie będę idealną mamą. Tak po prawdzie to sporo mi brakuje. Jeśli jednak Antek znajduje w zwyczajnej codzienności tyle powodów do szczęścia i wymyślił właśnie taki sposób, aby tę radość wyrazić, to mam choć jeden powód do dumy. Oby ta wdzięczność a także pewność i odwaga w mówieniu o uczuciach towarzyszyła mu już całe życie.

Pssst! Więcej Anktowych myśli znajdziecie TUTAJ.

Previous Hello Monday!
Next Św. Mikołaj - kochamy, ale do domu nie wpuszczamy.

Suggested Posts

Zamach na oddziale.

Nauczyciele hejtu.

“Nie, nie! To się nie dzieje naprawdę!” – czyli kronika wypadków weselnych.

Dieta w Święta i pierwsze liczby!

Tak było!

I znów świętujemy urodziny … Po raz trzeci!