Fachowcy!


Szczęśliwy (i bardzo zmęczony) ten, kto potrafi złapać za narzędzia czy pędzle i przynajmniej większość prac remontowych wykonać sam. Zaoszczędzi w ten sposób nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim nerwy i czas. Bo kto decyduje się na zatrudnienie fachowca, ten musi być bogaty … we wszystko, a najbardziej chyba w anielską cierpliwość i asertywność.


Oczywiście prawdziwym szczęściarzem jest ten, kto ma swojego “pana Zdzisia”, na którym od lat może polegać. Który doradzi, zrobi porządnie i szybko a do tego nie “orżnie” na czym popadnie. My naszego “pana Zdzisia” nie mamy, choć od zawsze staramy się zwracać do fachowców sprawdzonych i poleconych. Po kilku miesiącach wykańczania domu i okazjonalnych pracach panów z różnych branż wiemy jedno: znany czy nie, fachowcy to inna rasa. Nie będę złośliwa, choć mogłabym napisać, że to rasa wredna, cwana i zorientowana na odbębnienie i wycykanie klienta. Są (rzadkie bo rzadkie) wyjątki od reguły i dlatego ograniczę się do określenia natury fachowców jako specyficznej, z którą należy się bezwzględnie zapoznać. Bo z tą rasą trzeba umieć postępować i rozmawiać. 
 
Jeden nieprzemyślany komentarz a oni już wiedzą, z kim mają do czynienia i na co mogą sobie pozwolić. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że czasami właśnie ktoś polecony, o dobrej opinii może napsuć nam krwi bardziej, niż ktoś kompletnie nowy i nieznany. Ryzyko z tym drugim owszem jest, ale nie większe, niż przy panu, który całą rodzinę i znajomych “obskoczył” a z jakiegoś powodu u nas przekracza termin, albo w ogóle nie pojawia się na czas. Bo przecież klient z kategorii tych “pewnych” nie zrezygnuje. Będzie czekał potulnie, aż się czas znajdzie, materiały przyślą a pracownik wróci z chorobowego. My nie raz czuliśmy, że jako swego rodzaju stali klienci, jesteśmy na szarym końcu kolejki i można nam wcisnąć każdy kit. Tak było chociażby z naszym ogrodem, którego historię opisałam TUTAJ
 
Zdaję sobie sprawę, że w większości przypadków winę za perypetie z fachowcami ponosimy my, a przynajmniej ja. Wbrew temu co wiem o fachowcach, swoje niedoświadczenie w temacie i desperację zdradzam już często na wstępnie. Często godzę się na absurdalne terminy a i wyceny nie analizuję należycie – cieszę się natomiast, że pan znalazł dla nas czas (bo przecież taki zarobiony!) i wszystko dostosowuję do jego grafiku. I tak chcąc nie chcąc stawiam się w pozycji klientki, która godzi się na zbyt długie terminy oczekiwania, często marnuje dzień w oczekiwaniu na fachowca a nawet sama wsiadam w samochód i jadę kupić śrubkę czy inny zaworek. Obłęd a nawet głupota.No ale żeby nie robić z siebie totalnej sierotki przyznać muszę, że i moja cierpliwość kiedyś się kończy. Zdarza mi się wtedy wygarnąć moje żale a nawet zerwać zupełnie współpracę. A co z tego mam? Poza tym, że z uwierającej mnie sytuacji wychodzę z twarzą i szacunkiem do samej siebie to niewiele więcej. Prócz niedokończonej roboty i straty czasu rzecz jasna. Czasami jednak innego wyjścia nie ma.

A ten nietypowy wpis powstał z niepokoju. Jutro bowiem, między 18:00 a 19:00 ma zawitać do nas fachowiec. Póki co przyjedzie na tzw. “rozeznanie”, ale to od tej pierwszej rozmowy tak wiele zależy. Pan sprawdzony, chwalony ale też nowy w branży, więc nadzieje nasze są spore 🙂 A jak będzie, to się okaże.

Jeśli macie sprawdzone “patenty” na fachowców, dajcie znać w komentarzach. A ja powrócę tu z krótką relacją naszej współpracy, która mam nadzieję będzie owocna.


 

Previous Piwnooka i wyzwanie lipcowe.
Next Subiektywny poradnik karmienia piersią.

Suggested Posts

Hej mamuśka, czas zamknąć biznes. Mleczny biznes.

Twoje typowe teksty, które doprowadzają faceta do szału.

Cecha, której najbardziej zazdroszczę moim dzieciom.

Okiem doktora i pierwsze rozmowy o porodzie.

Zrób sobie piękne stópki na lato. I uważaj na skarpetki złuszczające!

Trzy rewelacyjne sałatki z kurczakiem – kolorowe, smaczne i zdrowe!