Gdy facet recenzuje porno. Dla mamusiek.


Książkę ma się rozumieć. I to nie jakąś tam, pierwszą lepszą, tylko “50 twarzy Graya”. Książkę kiepską ale niesamowicie popularną – takie to już zjawisko naszych czasów. Przeczytałam wszystkie części i przyznając sporo racji piejącym krytykom, wyznaję: Tak, podobała mi się. Sapałam i prychałam na styl autorki, na komentarze głównej bohaterki  (trochę ucichłam, gdy przeskoczyłam na oryginał), wywracałam oczami na absolutnie sztuczne i nierealne postaci. Skromna, cicha myszka z kompleksami, nieoszlifowany diament spotyka pięknego, bogatego księcia, z wizją zbawiania świata i tajemniczym, drugim “ja”. Jednak w jakimś procencie książka zaspokoiła tę małą, nastoletnią romantyczkę, która nadal we mnie siedzi. Bo książka jest o miłości i jak na “porno (dla mamusiek”) kończy się nietypowo – ślubem, dziećmi i pięknym, nowym domem. A seks? No jest i to tak dużo, że w pewnym momencie zaczyna nudzić.

To tyle komentarza ode mnie. Dobrze, że nigdy dotąd nie pokusiłam się o pełną recenzję książki, bo pewnie bym nie podołała. Wbrew pozorom wcale nie tak łatwo napisać coś na poziomie na temat czegoś, co poziom trzyma niski. Nie sztuka “pojechać” po autorce, zmieszać z błotem fabułę i jeszcze wykpić czytelników. A zdarzyło mi się czytać tekst na pewnym blogu, w którym autorka dzieli czytelniczki na te od harlekinów i na te od Umberto Eco i Pratchetta i z góry osądza, kto mieści się w tzw. “targecie” autorki. Miażdży przy tym powieść tak zaciekle, jakby ta pretendowała do nagrody Nike.

No dobrze. Jak już wspomniałam, nie podjęłam się i nie podejmę recenzji książki. Ale za to pokuszę się o recenzję recenzji, która wyszła spod pióra mężczyzny, blogera Pawła Opydo. Do recenzji – nie tylko zresztą tej powieści – podszedł oryginalnie, bo zaprezentował ją w formie relacji na żywo. Premiera miała miejsce już rok temu, ale na szczęście “stenogramy” z wydarzenia nadal widnieją na jego blogu. Niestety cierpliwości starczyło mu jedynie na pierwszą cześć a i tak podszedł do niej jak do gorzkiego lekarstwa – na 3 razy, co zajęło mu kilkanaście ładnych miesięcy.

Z racji przyjętej formy nie mamy do czynienia ze ścianą tekstu, w którym autor pastwi się nad powieścią, wytykając pisarce wszelkie możliwe błędy i absurdy. Mamy za to konkretne komentarze do konkretnych fragmentów, z których ktoś, kto książki nie czytał, niewiele zrozumie (choć pewnie nadal się uśmieje). Ale za to ten, kto czytał i ma dystans do tej powieści, uśmieje się na pewno przednio i szczerze. Czytaliśmy je z mężem już dwa razy i zawsze rozbawieni byliśmy do łez. Oczywiście, można autorowi zarzucić brak kontekstu, uogólnianie i doszukiwanie się dziury w całym, tylko po co? I książka i recenzja powstały ku rozrywce i tylko szkoda, że tekst Pawła nie miał równie szerokiego zasięgu.

Jeśli nie macie pomysłu na wieczorną lekturę, gorąco polecam blog zombiesamurai i trzy części recenzji “50 twarzy Graya”. Zresztą wszystkie treści na blogu polecam.

Część I

Część II

Część III

Na koniec mój ulubiony fragment:

Wyciąga rękę, jego oczy są jasne, rozpalone… podniecone, a ja podaję mu swoją dłoń. Podnosi mnie i bierze w ramiona, czuję jego smukłe ciało przy swoim, zaskoczona tym nagłym manewrem. Gładzi mnie palcem po karku, owija mój kucyk wokół nadgarstka i lekko pociąga.

Też byłbym zaskoczony “tym manewrem”, bo Grey jest w stanie trzymać dziewczynę za dłoń, mieć ją w ramionach i gładzić po karku palcem jednocześnie owijając kucyk wokół nadgarstka. No, chyba, że ją chwycił za dłoń, potem puścił, podniósł, odłożył i zaczął zajmować włosami i karkiem – wtedy to możliwe, chociaż nadal zupełnie bezsensowne.

(zdjęcie: flickr.com)

Previous Pięć warunków udanej sesji noworodkowej.
Next Drugi miesiąc Niny.

Suggested Posts

Konferencja w wakacyjnym klimacie, czyli #karmieswobodnie!

Alfabet rodzicielstwa, czyli B jak …

Chyba byłam grzeczna, czyli moje prezenty gwiazdkowe.

Rok 2019 rokiem lepszej mnie!

Na śniadanie.

Trzeci miesiąc Niny.