Gdy rodzice stają się dziećmi.


Nie dajcie się zwieść tytułowi. Tekst nie będzie o beztrosce, o leżeniu na trawie, zachwycaniu się chmurami i swawolnemu majtaniu nogami. Choć oczywiście swoboda, jaką rodzic czuje przy własnym dziecku i praktycznie nieograniczone prawo do bycia (przynajmniej czasami) wesołym lekkoduchem z masą pomysłów, których mu mieć w dorosłym życiu zwyczajnie nie wypada, to bardzo przyjemny i wdzięczny temat. Tekst będzie o zamianie ról, czyli tym wymagających relacjach i trudnym do wyłapania momencie, kiedy dzieci (dorosłe już i na tak zwanym “swoim”) stają się rodzicami swoich … rodziców.

Pamiętacie “Dzień Świra” Marka Koterskiego a dokładnie scenę, kiedy główny bohater schodzi do piwnicy swojej mamy, aby przynieść jej parę ziemniaków? Pada tam dość znacząca i jakże trafna myśl: “Pół życia bałem się jej, drugie pół boję się o nią.”. To jedno krótkie zdanie doskonale charakteryzuje relacje Adasia Miauczyńskiego z mamą, zarówno te z jego dzieciństwa, jak i w dorosłym życiu. Czyż wielu z nas nie mogłoby się pod tym podpisać? Powiecie, że przecież Wy nie baliście się swoich rodziców. Ja myślę podobnie. Jeśli jednak potraktujemy wspomniany strach jako przenośnię zależności dzieci od rodziców, ich opinii i sądów, a także obawy przed konsekwencjami naszych własnych zachowań oraz uczucie niezrozumienia i te wszystkie konflikty okresu dojrzewania … wyjdzie na to, że nasze dzieciństwa były jednak bardzo do siebie podobne. Lepsze lub gorsze, ale podobne. I, że w gruncie rzeczy nasza dorosłości też mają wiele wspólnego.

Pewnego dnia patrzymy w lustro i widzimy osobę, która trochę już w swoim dorosłym (choć krótkim jeszcze)  życiu osiągnęła, która (z dużym prawdopodobieństwem) jest też niezależna materialnie i mentalnie a posiadanie własnej rodziny jest ostatecznym dowodem na to, że jest po prostu odrębnym bytem. Z lustra nasz wzrok pada na ekran telefonu i komunikat “Nieodebrane połączenie od: Mama.” A wtedy przypominamy sobie, że oprócz wszystkiego powyższego, jesteśmy też opiekunami swoich rodziców. Czasami z przymusu, bo tak wypada, ale najczęściej z prostej, naturalnej troski o kogoś, kogo się kocha.

Doradzenie kupna nowych mebli, pomoc w ujarzmieniu nowego sprzętu – telefonu, tabletu, laptopa albo dopilnowanie, żeby dolegliwości nie zostały zignorowane a leki przyjmowane były regularnie, jak lekarz przykazał. To tylko przykłady długiej listy spraw, o które wzbogaca się nasza codzienność wraz z przyjęciem roli rodzica. Nawet, jeśli nikt nas o pomoc nie prosi, nie sposób przejść obojętnie obok sytuacji, kiedy wzorce naszego dzieciństwa, ludzie niegdyś silni i niezłomni, nagle stają się bezsilni wobec pędzącego postępu, kiedy stresują ich absolutne drobnostki a sprawy do załatwienia urastają do rangi problemu. A ja nawet nie zbliżam się do sytuacji naprawdę poważnych, kiedy w obliczu choroby dzieci stają się najsilniejszą podporą i teraz to one muszą powstrzymywać łzy i oznaki panicznego strachu o życie najbliższej osoby. Nie sposób porównywać pomocy przy zakupach czy wysprzątania domu z ogromnym wyzwaniem, jakim jest wsparcie w przetrwaniu nagłych tragedii.

Rodziców dorosłych dzieci można podzielić na kilka grup. Jedna to ci dumni i niezależni, którzy nie chcą obarczać dzieci swoimi problemami i zwykle trzeba od nich wyciągać informacje o zdrowiu, samopoczuciu, problemach. Druga grupa to zupełne przeciwieństwo tej pierwszej – świadomie wiążą dzieci do siebie i doskonale wiedzą, co zrobić i powiedzieć, aby wywołać poczucie winy i skruchę. Jest też grupa trzecia – ta zwyczajna, chyba najbardziej liczna, w której rodzice wiedzą, że mogą w każdej chwili poprosić o pomoc i robią to z głową, szanując odrębność życia swoich dzieci (i wnuków). Z jaką grupą nie miałoby dorosłe dziecko czynienia, musi się w sytuacji odnaleźć i dołożyć rękę do (możliwie) zdrowych relacji. Czy prościej jest przeciąć tę wtórną pępowinę i ułożyć sobie życie bez oglądania się za siebie, na przykład na drugim końcu świata? Czy ja byłabym gotowa do ograniczonych kontaktów z najbliższą rodziną – rozmów telefonicznych albo takich przez Skype, w najlepszym wypadku? Czy już zawsze będę musiała pracować nad dobrą relacją z rodzicami, zwłaszcza że oni w coraz większym zakresie stają się moimi dziećmi? Te i jeszcze wiele pytań zadaję sobie regularnie, nawet jeśli na część niby znam już odpowiedź.

Czego jeszcze nie znam to moje przyszłe oczekiwania, kiedy i ja stanę się dzieckiem dla swoich dorosłych dzieci. Dziś wiem jedynie, że oprócz miłości, akceptacji i wsparcia, chcę dać Ninie i Antkowi jeszcze dwie rzeczy: korzenie – by zawsze do nas wracały i skrzydła – by nie bały się lecieć w świat.

(zdjęcie: flickr.com)

Previous Matka Natura.
Next Szósty miesiąc Niny i nowe smaki!

Suggested Posts

Uratujmy ten dzień!

Czwarty miesiąc Niny i mini sesja.

“Fru!”

Wiosenna szafa Antka i Niny.

Czekoladowe brownie, które Cię zaskoczy!

Przeżyć upał w ciąży i z maleństwem – moje sprawdzone sposoby.