Miejsce faceta jest na porodówce.


Dokładnie tak. Minęły czasy, kiedy kobietę wysyłano do kuchni a mężczyznę do garażu. Teraz każdy idzie tam, dokąd chce (albo gdzie akurat jest potrzebny)! Minęły też czasy, kiedy poród był wyłącznie sprawą kobiety a rola partnera kończyła się na staniu pod szpitalnym oknem. Rodzicem stajesz się w momencie odkrycia, że poczęliście nowe życie a w trakcie narodzin dziecka jesteś odpowiedzialny za swoje dziecko nie w mniejszym stopniu niż w późniejszych latach. Wtedy jesteś też partnerem swojej żony a na placu boju nigdy nie zostawia się towarzysza broni w potrzebie!

Cesarskie cięcie, zastrzeżenia lekarza, wypadki losowe – to wszystko się zdarza i czasami mimo wielkich chęci poród rodzinny się nie udaje. Mimo wszystko, nawet podczas zdrowej, spokojnie przebiegającej ciąży, kiedy można na spokojnie zaplanować poród, mężczyźni czasami nie chcą uczestniczyć w narodzinach swojego dziecka. Należą do mniejszości, ale zdarzają się nadal. Tłumaczą wtedy, że po co, że fanaberia, że kobiety wcześniej rodziły same a oni są niepotrzebni. Boją się, to oczywiste. Widok szpitalnych ścian a przede wszystkim cierpiącej, ukochanej osoby nie jest lekkim przeżyciem. Rozumiem, że czuli się o wiele bardziej komfortowo, gdy po prostu nie wolno im było pojawić się na porodówce. Co mnie jednak dziwi, to podobna postawa kobiet. Nie dość, że nie chcą obecności partnera, to jeszcze jakby nie rozumieją tej całej idei wspólnego przeżywania narodzin dziecka. Poród traktują w kategorii zadania: “Iść, urodzić, wyjść do domu – O co tyle szumu?”. Jak na XXI wiek to postawa trochę zacofana (podobnie jak opinia, że mężczyźni posiadają gen zdrady – odsyłam na Pudelka ;P). Jeśli obydwoje są w swojej decyzji zgodni, to pozostaje uszanować i cieszyć się, że tak dobrze się dobrali. Widocznie tak im lepiej. Jednak scenariuszy w tej sprawie może być więcej:

ONA chce – ON nie chce

Mówiono nam w szkole rodzenia, że zmuszać nie można. Przyniesie to więcej szkody, niż pożytku. Zwłaszcza, jeśli mężczyzna jest wrażliwy na widok krwi i miałby zemdleć, niefortunnie upaść, narobić więcej szumu wokół siebie, niż rodząca kobieta. A ja się pytam: czy kobieta w ciąży ma jakiś wybór? Musi się zmierzyć z bólem, ze strachem, z obcym i często mało przyjaznym otoczeniem. Ma urodzić, taka jej rola. To, że akurat nas natura wyposażyła w macicę nie znaczy, że mamy przez to przechodzić same. Czasami wystarczy sama obecność a czasami dłoń do pościskania podczas skurczu. Nieprzyjemne widoki? Cóż, podczas poczęcia na pewno były przyjemniejsze, ale co zrobić. Tak naprawdę wystarczy pokazać partnerowi, gdzie ma stać i co fotografować. Personel łożyskiem nie żongluje, po ścianach niczym nie rzuca. A poza tym, jak się partnerka w domu w palec utnie i krew poleci, też nie będzie miała na kogo liczyć? Czasami trzeba zacisnąć zęby, walnąć się z liścia w twarz i powiedzieć: “Dasz radę. Musisz, dla niej!”. To jest właśnie taki moment.

Jeśli to kogoś nie przekonuję, to wspomnę jeszcze o szpitalnych warunkach, procedurach, podejściach lekarzy i personelu. Nie wszędzie tak jest i nie wszyscy są takimi ludźmi, ale przypomnijcie sobie ostatnie wypadki na oddziałach, chociażby śmierć nienarodzonych bliźniąt. Do zdenerwowanej, wymęczonej bolesnymi skurczami kobiety czasami niewiele dociera. Nie słyszy personelu, nie słucha poleceń. Nie ma siły zawalczyć o szacunek i należytą informację. Dlatego tak ważne jest, aby miała kogoś bliskiego przy sobie. Kogoś, z kim będzie się czuła bezpieczniej i kto będzie trochę trzeźwiej patrzył personelowi na ręce.

Na koniec argument chyba najważniejszy – narodziny dziecka. To piękny i magiczny moment a człowiek jest wtedy tak rozemocjonowany, że naprawdę nie ma czasu na zastanawianie się, czy to co przed chwilą widział kątem oka, to byłą pępowina czy macica. To trzeba przeżyć, aby zrozumieć. Dlatego zatwardziali przeciwnicy porodów rodzinnych powinni słuchać tych, którzy je przeżyli i wiedzą, co mówią. Mój mąż się bał, strasznie. I raczej nie pomogła mu wyluzowana, szczegółowa relacja kolegi. Wiedział jednak, jak ważne jest to dla mnie. A PO zrozumiał, jak wielkie wydarzenie było to dla niego.

ONA nie chce – ON chce

W takiej sytuacji facet nie ma najczęściej nic do gadania, bo z góry uznaje się, że kobieta rodzi i ona ma ostatnie zdanie. Nie potrzebuje bliskiej osoby i jego wparcia? W porządku. To nie znaczy, że mężczyzna nie ma prawa do powitania swojego dziecka, do doświadczenia wyjątkowych chwil jego narodzin. Ciężko mi sobie wyobrazić, że wstyd kobiety przed partnerem może być tak wielki, że nie chce, aby ten widział ją w szpitalnej koszuli, spoconą, z kolanami przy uszach. Kiedy to powinna być najbliższa jej osoba, taka, która akceptuje też taką jej stronę. Wiem jednak, że to się zdarza i to często prawdziwa przyczyna decyzji kobiety. A ja powtórzę – kluczowe jest miejsce partnera na sali. Sam z siebie a już na pewno na życzenie partnerki nie będzie fotografował jej krocza! Poród nie jest sytuacją, kiedy wyglądamy pięknie (choć dyskutowałabym), ładnie i powabnie, ale możemy przejść przez to bez wstydu, z zachowaniem godności. A tak po prawdzie, kiedy emocje biorą górę, jest nam już wszystko jedno 😉

***

Nieobecność przy porodzie własnego dziecka to jeszcze nie koniec świata (a jednak pisząc to towarzyszy mi myśl, że taka świadoma decyzja jednak jest trochę smutna). Tak czy owak, nie przekreśla to ani wspólnej przyszłości, ani nie określa żadnego z rodziców. Ostatecznie poród nie jest kryterium w ocenie naszych rodzicielskich kompetencji. Być może jest w jakimś aspekcie po prostu testem związku.

isaac008web

(zdjęcia: nhancephotography.com; portlandbirthphotographer.com)

Previous Na śniadanie.
Next Zielone smoothie może być smaczne? No raczej!

Suggested Posts

12 powodów, by odwiedzić Wrocław i zakochać się na zabój.

Okiem doktora i żegnaj II trymestrze!

Imbir, miód i ocet, czyli grypa w ciąży.

Antkowe myśli zebrane. Część 7.

2 + brzuszek = Babymoon!

Okiem doktora i badanie połówkowe.