Rodzice, ja Was proszę: Ogarnijcie się!


Lato, upragniony urlop, wyjazdy wakacyjne – to wszystko sprzyja mniejszemu lub większemu lenistwu. Dla rodziców to raczej jedynie opcja pierwsza wchodzi w grę, no ale zmiana otoczenia i brak codziennych obowiązków też zapewniają solidny reset. Czasu jakby więcej a o naszą uwagę nie walczą pilne telefony, brudne koszule i pełne zlewozmywaki w kuchni. I kiedy tak stoimy, nigdzie nie ganiając, kiedy dajemy sobie czas na wszystko: posiłki, spacery i zabawy, jakoś bardziej zwracamy uwagę na otoczenie. Dziecko w skupieniu kopie dołki na plaży, przesypuje ten piasek z lewej na prawą a my dla zabicia czasu zerkamy dookoła. Obserwujemy rodzinkę w kolejce po gofra albo mimowolnie przysłuchujemy się rozmowom za sąsiednim parawanem. I wiecie, to czasem lepsze od telewizji!

Piszę o tym nie bez przyczyny, bo właśnie takie doświadczenia przyzwiozłam z naszych wakacji. Regularnie odwiedzaliśmy miejsca z atrakcjami dla dzieciaków, mieszkaliśmy w pensjonacie przygotowanym dla rodzin, więc siłą rzeczy zawsze towarzyszyli nam jacyś rodzice. I ich dzieci. One akurat nie przykuwały mojej uwagi tak bardzo, bo były tak zwyczajne i “normalne”, jak dzieci być potrafią. Płakały, krzyczały, biegały z chichotem, odmawiały zupy i wyjścia z placu zabaw. Za to rodzice … O matko jedyna! Do tej pory sądziłam, że takie przypadki to li tylko wymysły internetów. Dziwaczne przykłady, żyjące własnym życiem na forach internetowych. Ale nie! Ci specyficzni, niecierpliwi i z nosami w telefonach ojcowie, te histeryzujące, znerwicowane mamy istnieją naprawdę! A jako dowód kilka sytuacji, których byłam świadkiem.

Sytuacja #1: Chłopiec bawiący się na placu zabaw. Skacze z drabinek, zjeżdza na zjeżdzalni, widać, że wymyśla sobie coraz to nowe zajęcia. Czasami podbiega do mężczyzny, który wzrok wbity ma w telefon. Udaje mu się przykuć uwagę taty, ale na krótko. “Tata, patrz!” – krzyczy z oddali, chcąc pokazać nowo wyuczony trik. “Patrzę synek!” – okrzykuje entuzjastycznie tata, ale wcale nie patrzy! Bo przecież najważniejsze jest to, co w telefonie.

Sytuacja #2: Rodzinka (2+2) na miejskiej plaży. Nie jest tłoczno, bo temperatura oscyluje w granicach 20 stopni a wiatr zawiewa od jeziora. Dzieciaki drepczą to tu, to tam. Zaczepiają się i śmieją do siebie. Wszyscy są w dobrych humorach, tylko mama siedzi i bręczy. “Chodź, zawiążę ci chustkę”, “Załóż czapkę.”, “Nie jest wam zimno?”. No litości! Kobieta nie potrafi odpuścić a przecież wiatr jeszcze nikogo nie zabił …

Sytuacja #3: Idę za mamą z chłopcem. O czymś rozmawiają, ale nie słyszę konkretów. Oglądam kręcące się karuzele w oddali – wesołe miasteczko dziś znów pewnie pęka w szwach. I kiedy tak idę zamyślona, słyszę nagle krzyk tej mamy: “Nie! Dzisiaj nie idziemy na dmuchańca!”. No przecież, jak tak można? Spokojnie i ciszej się nie da? Dzieciak pewnie bardzo chciał i prosił, ale to przecież żadna zbrodnia ani krzywda wyrządzona mamie. Żal mi go było strasznie.

Sytuacja #4: Siadamy przy stole w lokalu z domowym jedzeniem. Wszyscy głodni, więc szybko składamy zamówienie i czekamy. Patrzę w prawo – para w średnim wieku zajada jarzynową. Patrzę w lewo – rodzinka taka, jak nasza. Mała dziewczynka siedzi w krzesełku i wcina rosół. A jak wcina? Z telefonem! Z bajką przed nosem. No makabra jakaś. I żeby tego było mało … Za chwilę swoją zupę dostaje chłopczyk. Na oko 4-5 lat. I znów nie wierzę własnym oczom! Za łyżkę chwyta jego mama i ładuje mu kolejne porcje do ust. Aż dziw, że sam buzię otwiera …

Sytuacja #5: Któregoś dnia poszliśmy na lokalną rybkę. To znaczy M. jadł rybę, ja pierogi z jagodami. Między jednym a drugim kęsem zerkam na stolik obok. A tam? Wielki talerz frytek. I miseczka ketchupu. I dzieciaki. Oczywiście wcinają, aż im się uszy trzęsą. No ale proszę Was, muszą być te fryty? Jak to możliwe, że dla dzieci to najlepszy na świecie smakołyk? Tak popularny, że w menu figuruje nawet danie: “Wielki talerz frytek z ketchupem.”. Ja rozumiem, że na warzywa, zwłaszcza na wakacjach mało które się rzuci. Są jednak zdrowsze i bardziej wartościowe opcje!

Jak sami widzicie, działo się w ciągu tych kilku dni. I ja wyciągnęłam z tych obserwacji jeden wniosek, ale o nim za chwilę. Bo najpierw rzecz najważniejsza. Jestem Wam winna wyjaśnienie.

Wszystkie wyżej opisane sytuacje dotyczyły tak naprawdę jednej rodziny. Mojej.

Jestem bardziej niż pewna, że niejedna osoba mogła się skrzywić na nasz widok. Mogła zinterpretować te wszystkie sceny na swój własny sposób. I wystawić jednoznaczną ocenę. Tylko, że taka osoba widzi jedynie urywek całości. Nie zna rodziców, nie zna dzieci i wiele rzeczy nie wie, jeszcze mniej widzi. Na przykład tego, że ten tata z nosem w telefonie, przed chwilą i również później, trzymał to diabelstwo w kieszeni i bawił się z synem, jakby sam miał 5 lat. Całą swoją uwagę poświęcał tylko jemu i sam wściekał się, że musiał odpisać na maila, kiedy ktoś bardzo potrzebował jego pomocy.

Taka osoba nie wie, że te chustki i czapki to z troski i obawy, że niecodzienne warunki mogą zaszkodzić dzieciakom. Nie wie, że mama za wszelką cenę wolała dopilnować, aby te ich wyczekiwane wakacje nie zakończyły się wcześniej niż planowali. Osoba ta nie wie, że mała dziewczynka z braku drzemek stawała się pod koniec dnia tak marudna i płaczliwa, że negowała wszystko i wszystkich, łącznie z posiłkami. I stąd ta bajka w telefonie, puszczana właśnie w takich momentach. Tak samo nie wie, że mama karmiła 5-latka zupą, bo ten skreślił danie, gdy tylko wjechało na stół. I tylko taka opcja zdołała przekonać go do zjedzenia połowy. Bo on przecież w domu je sam, w przedszkolu też nikt go nie wyręcza. Tylko, że tego to na wakacjach, w tym jednym momencie nie widać …

Jeśli ktoś neguje frytki i na ich podstawie ocenia rodziców, to chyba sam nigdy nie miał dzieci, które na wakacjach są: a) zbyt rozkojarzone, aby zjeść konkretny posiłek i b) wybredne, bo są przyzwyczajone do domowej kuchni a ta w nowym miejscu jest dla nich po prostu niesmaczna. Jeśli ktoś jest zszokowany tym, że można stracić cierpliwość i krzyknąć na dziecko, to ja zapraszam do siebie na kilka dni z 5-latkiem. Takim, który jedno pytanie (pomimo uzyskania odpowiedzi) potrafi zadać 5 razy. Niestety taka osoba tych 4 wcześniejszych odpowiedzi nie słyszy. Podobnie jak nie towarzyszy nam we wszystkich tych dniach, kiedy wznoszę się ponad moje zupełnie ludzkie zniecierpliwienie i to tak, że Searsowie, Juul, Knost i jeszcze paru innych biją mi brawo na stojąco.

Jaki zatem wyciągnęłam wniosek? Weźmy się wszyscy ogarnijmy i przestańmy oceniać innych rodziców. Zwłaszcza na podstawie sytuacji, których nie możemy obiektywnie ocenić. To naprawdę  nie nasza sprawa, że cudze dziecko biega i bawi się ze smoczkiem albo świeci gołą pupą na plaży. Rozumiem, że można się łapać za głowę, gdy rodzic wysyła dziecko do wody, żeby się wysikało. Nie rozumiem za to, jak można pieklić się na to w internecie (co i tak przyniesie mały skutek) a nie uświadomić tego bezmyślnego rodzica, że jego dziecko może nawet załatwić potrzebę na własnym na kocu, ale nie tam, gdzie są inne dzieci. Bo swoją decyzją, wpływa niestety na otoczenie innych.

Naprawdę, nie czepiajmy się. Zajmijmy się sobą i ulepszaniem swojego rodzicielstwa, bo jak znam życie, każdy z nas ma coś do poprawki. I powiem Wam, że z ostatniego wyjazdu tak naprawdę nie przywiozłam żadnych obserwacji. Co najwyżej przekonanie, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku 😉

Previous Rodzinne wakacje pod żaglami - pomysł dobry czy szalony?
Next Wakacje na Mazurach, czyli: Jak? Gdzie? Za ile?

Suggested Posts

“Seks w wielkim mieście” i związki.

Idzie jesień, nie łaź w dresie!

Na śniadanie.

10 najlepszych sposobów na budowanie relacji taty z dzieckiem.

Nauka jazdy na rowerze, czyli wyrzuć kij i wypróbuj TEN sposób.

List do sąsiada, który codziennie truje Ciebie i Twoją rodzinę.