Gdyby porodówka była restauracją …


Mówi się, że świadomość i wiedza przyszłej mamy jest wszystkim. Że najważniejszą rzeczą w planie porodu jest nie ostateczna lista naszych życzeń i absolutnie niedopuszczalnych scenariuszy a wiedza kobiety o procedurach, jej prawach jako pacjentki i prawach jej dziecka. Przez ostatnie dziesięciolecia pokonaliśmy długą drogę, w dużej części wywalczyliśmy lepsze, godne warunki dla rodzących i ich rodzin. Dziś w szpitalu może towarzyszyć nam bliska osoba, możemy już rodzić w odrębnej, prywatnej sali a nie grupowo jak kiedyś a procedury przeszły diametralną zmianę i zdecydowanie zmieniły się ich priorytety.

Gdyby jednak wszędzie było tak pięknie, tak różowo, nie spotkalibyśmy już smutnych i przerażających opowieści, o przedmiotowym traktowaniu pacjentki, o braku poszanowania dla jej prawa do intymności, prawa do wiedzy i do decydowania o przeprowadzanych zabiegach i stosowanych środkach farmakologicznych. Gdyby we wszystkich szpitalach, na wszystkich oddziałach położniczych panował XXI wiek, nie słyszelibyśmy historii o zabiegach bez znieczulenia, o zakazie jedzenia i picia, o narzucaniu jednej “słusznej” pozycji rodzenia.

Jak wspominam moje porody? Pozytywnie! (Opisałam je tutaj i tutaj.) Nie dlatego, że były idealne, jak z filmu. Dlatego, że narodziny Antka i Niny były najpiękniejszymi chwilami w moim życiu, a te gorsze momenty nie miały wówczas żadnego znaczenia. Moja pamięć zdecydowanie zamazała te mniej przyjemne doświadczenia, zwłaszcza że za drugim razem nie popełniłam tych samych błędów, byłam świadoma, czego mogę się domagać i co sama mogę zrobić inaczej. Za drugim razem do porodu podeszłam zdecydowanie bardziej świadomie, z listą priorytetów (a i tak parę rzeczy mnie zaskoczyło i potoczyło się niekoniecznie po mojej myśli).

Mimo wszystko jestem wielką szczęściarą, bo oba porody zakończyły się bez jakichkolwiek komplikacji a przez warunki i personel nie nabawiłam się traumy, jak niestety wiele (zbyt wiele) kobiet. Być może właśnie tym chętniej postanowiłam wesprzeć akcję Lepszy Poród i przedstawić Wam opinię na temat zacofanych procedur szpitalnych, nastawienia personelu i braku poszanowania dla praw kobiety rodzącej z bardzo ciekawej perspektywy. Tekst jest autorstwa niejakiej meggf a oryginał w języku angielskim możecie przeczytać tutaj.  Nie prezentuje on doświadczeń jednej osoby, łączy w sobie jedne z najczęstszych procedur i błędów popełnianych w szpitalach.

W zeszłym tygodniu udałam się na kolację do restauracji. Jako wegetarianka, zamówiłam wegańskiego burgera. Kiedy składałam zamówienie, kelner zadrwił ze mnie mówiąc: “Ohh, Pani jest jedną z TYCH ludzi.” Przyniósł mi szklankę wody i zauważyłam, że był na niej ślad szminki po poprzednim gościu. Na widelcu było ziarenko ryżu. Minęło ponad 40 minut zanim przyniesiono mi mojego burgera. Był zimny w środku i przypalony na zewnątrz. Pomimo, że w menu wymieniono jego składniki, mój burger nie zawierał żadnego z nich, był zupełnie inny. Kiedy wzięła gryza odkryłam, że mój burger nie był tak naprawdę wegański a z wołowiny. Poczułam się źle i opuściłam restaurację bez płacenia za tak okropną obsługę. Następnego dnia zadzwoniłam tam i w rozmowie z menadżerem złożyłam skargę. Menadżer był niegrzeczny, agresywny a moja skarga została całkowicie zignorowana.

Ludzie byliby oburzeni, gdyby jakakolwiek restauracja tak się zachowała. Nikt – poza menadżerem – nie wmawiałby mi, że to się nie wydarzyło.

W zeszłym tygodniu pojechałam rodzić do szpitala. Dokładnie zbadałam temat i zaplanowałam poród niefarmakologiczny w wodzie. W szpitalu pielęgniarka wzięła mój plan porodu i pospiesznie obleciała treść wzrokiem. Potem przewróciła oczami i powiedziała: “Ohh, Pani jest jedną z TYCH kobiet.”

Przyjęto mnie na oddział i przyznano salę z łóżkiem i krzesłem. Spodziewałam się wanny a wybrałam ten właśnie szpital, ponieważ rzekomo miał ją zapewniać. Najwyraźniej dysponowali tylko jedną a ta była używana przez inną rodzącą.

Po jakimś czasie poczułam pragnienie, więc zadzwoniłam po pielęgniarkę, żeby poprosić o wodę. Na odpowiedź czekałam dobre 45 minut, po czym powiedziano mi, że nie wolno mi ani pić, ani jeść. I zaczęto podłączać mnie do kroplówki. Było to coś, na co absolutnie nie godziłam się w moim planie porodu, ale ze strachu przed odwodnieniem ostatecznie na to przystałam. Wbicie igły zajęło pielęgniarce 30 minut a po godzinie okazało się, że i tak źle się wkłuto i ręka zaczęła mi puchnąć.

Mąż napompował mi piłkę i posiedziałam na niej chwilkę aż przyszła pani doktor i nakazała mi w łóżku spędzić tę fazę porodu. Kiedy zapytałam dlaczego, powiedziała, że taki jest regulamin szpitala. Taka pozycja wzmogła skurcze i nie byłam w stanie się ruszyć i radzić sobie z bólem. Jeden jedyny raz opuściłam łóżko, aby iść do toalety a ta była brudna, ze śladami czyjejś krwi.

Ostatecznie poprosiłam o znieczulenie (Epidural) – coś, czego zupełnie nie chciałam – a zorganizowanie anestezjologa zajęło trzy godziny. Kiedy w końcu dotarła cała ekipa na znieczulenie było już za późno. W wielkiej panice przekręcono mnie na plecy i kazano przeć. Sala wypełniła się osobami, których nie znałam a oni wszyscy przyglądali się narodzinom mojego dziecka. Czułam, że nie było to w porządku, ale wyjaśniono mi później, że dodatkowy personel to coś normalnego.

Poprosiłam, aby nie przecinać pulsującej pępowiny, ale pani doktor, której nigdy wcześniej nie widziałam, zrobiła to natychmiast tłumacząc, że to regulamin szpitala a tu nie uznaje się planów porodu. Po tym personel pogratulował sobie dobrej roboty i wszyscy wyszli z sali.

Napisałam list ze skargą. Po kilku miesiącach zorganizowano spotkanie, w którym wzięłam udział ja i urzędnik reprezentujący szpital. Na tymże spotkaniu odrzucono moje zażalenia. Powiedziano mi, że nadrzędnym celem szpitala jest zdrowe dziecko a moja skarga nie jest zasadna.

Kiedy szpitale robią takie rzeczy kobietom, wszyscy są oburzeni … na kobiety, które śmią głośno mówić o swoich niespełnionych oczekiwaniach. Jak na ironię, gdyby restauracja zachowywała się jak szpital, już dawno by splajtowała. Możemy się zastanawiać, czy szpitale również splajtują na rynku “macierzyńskim”.

A Ty mogłabyś się pod tym podpisać?

(źródło: wholewoman.hubgarden.com; zdjęcie: flickr.com)

Previous Na śniadanie.
Next Mamą być ... w Indiach.

Suggested Posts

Antkowe myśli zebrane. Część IV.

Torba wózkowa czyli nasze spacerowe must have.

Zrób mu rano coś, czego się nie spodziewa …

Zakupowe HITY marca.

TOP 15 z okazji specjalnej !

Hello Monday!