O porodzie słów kilka


Po napisaniu niemal połowy wpisu doszłam do wniosku, że będzie lepiej i zapewne ciekawiej, jeśli ograniczę się do naprawdę istotnych, czasami zabawnych a niekiedy tragikomicznych momentów tej pamiętnej niedzieli, 7. września 2014 roku. Zapraszam 🙂

Śrem

Udało nam się dotrzeć i urodzić w tamtejszym szpitalu. Dotychczas było to miasto, które kojarzyłam z wycieczkami na basen w czasach podstawówki, z rejsem “Bajką”, który fundnęli nam rodzice na pierwszą rocznicę ślubu, czy też z falą zielonych świateł na zakorkowanej trasie z Poznania. A teraz już zawsze będzie to dla nas miasto szczególne. Miejsce, w którym urodziła się Nina.

Szpital

Budynek niewielki a oddziały kameralne. Sale wyposażone mizernie, jak to w szpitalach. Na próżno szukać pięknych obrazków, wygodnych foteli czy nawet jednoosobowych sal z łazienkami. I wszędzie ślady oraz odgłosy przeprowadzanych remontów. Jednak z całą pewnością zdecydowalibyśmy się na ten szpital jeszcze raz, bo nadrabia personelem i podejściem do pacjenta. Tego dnia byliśmy sami na porodówce – ciszę i spokój przerywały jedynie rozmowy oraz śmiech położnych i pielęgniarek, które z zaangażowaniem oglądały “Twoja twarz brzmi znajomo”.

Personel

Opieka a nawet już sama obecność mojego lekarza było jednym wielkim plusem. Wystarczyło, że zaglądał do nas na salę regularnie z pytaniem: “I jak tam?” a ja już byłam spokojniejsza. Również położna trafiła nam się fantastyczna: zaglądała do nas często, badała, doradzała i dzieliła się swoim osobistym doświadczeniem. Prawdziwego anioła spotkałam już po porodzie na oddziale położniczym. Tam położna była tak szczerze uśmiechnięta, tak miła a jak tak rozemocjonowana, że wzruszyłam się, kiedy sama z siebie przyniosła mi do łóżka herbatę, przepraszając, jeśli ją za bardzo posłodziła. Nie mogłam uwierzyć, że takie osoby jeszcze istnieją i byłam jej tak wdzięczna za okazaną serdeczność, że kiedy w nocy poszłam do niej po środek przeciwbólowy i zobaczyłam, że śpi na kanapie, zrezygnowałam z budzenia jej i wróciłam do pokoju. Żeby jednak nie było zbyt optymistycznie, dla równowagi Bóg stworzył salowe. Taki typ człowieka, który wchodząc do sali “Dzień dobry” nie powie, skomentuje co się nawinie, pouczy albo opierdzieli. Mogę mieć przynajmniej satysfakcję, że tym razem odzywałam się we właściwym momencie i ukrócałam komentarze nie na miejscu.

Torba

Jej gabaryty były chyba największą atrakcją dla personelu. Dla mnie nic szczególnego, ot duża torba podróżna na kółkach, do której spakowałam wszystko, co chciałam mieć przy sobie (również na tzw. wszelki wypadek). Z kolei położne i salowe, a nawet mój lekarz – dosłownie wszyscy musieli dodać swoje pięć groszy, raz żartobliwie (“Ale ma pani dużą torbę, jak na urlop.”) a czasami złośliwie (“Takich toreb w ogóle nie powinno się wnosić na oddział!”). Czy zawartość się przydała? Większość tak. A cała reszta dała mi spokój ducha i to było najważniejsze.

Poród

Ciężko mi go ocenić w kategoriach “łatwy/niełatwy” albo “fajny/niefajny”, bo w przeciwieństwie do tego pierwszego, zupełnie czego innego oczekiwałam tym razem. Na świeżo pamiętam wszystkie szczegóły i być może dlatego daleka jestem od idealizowania. Tak jak do samej ciąży, również do rozwiązania podeszłam zadaniowo. Nie bałam się bólu a raczej na niego czekałam, bo oznaczał, że akcja się rozwija i jesteśmy bliżej celu. Kiedy skurcze naturalnie nie chciały się rozkręcić, bez wahania przystałam na oksytocynę. Oczywiście, niecałe 7 godzin (w tym 3 zupełnie bezbolesne) to świetny wynik. Brak jakichkolwiek komplikacji również a może przede wszystkim zasługuje na wspomnienie. I za to jestem najbardziej wdzięczna. Jednak przez cały ten czas byłam niecierpliwa a myślami często z Antkiem (bo bardzo chciałam, aby mąż wrócił do niego na noc). Niemniej, jestem bardzo zadowolona, że udało mi się pewne rzeczy poprawić albo zrobić inaczej: uniknęłam nacięcia, pępowinę przecięto dopiero po ustaniu pulsowania a Nina wróciła do nas kilka minut po badaniu. Pierwsze przystawienie było idealne a nam dano czas na zapoznanie się z córką. Nigdy nie zapomnę obiadu, który przyniesiono nam na porodówkę, okrzyków motywujących, komentarzy pielęgniarki noworodkowej, jakoby dziewczyny lepiej piły z piersi niż chłopaki (chociaż Ci całe swoje życie zapatrzeni są w piersi) a nawet pytania kogoś z personelu, w sekundę po narodzinach Niny o to, kto wygrał w polsatowskim show.

Skurcze

Czekałam na nie z niecierpliwością i odetchnęłam z ulgą, kiedy oksytocyna pokazała swoje działanie. Skurcze stawały się natychmiast regularne i coraz bardziej bolesne. Jedynie rozwarcie zwiększało się powoli. Kiedy dotarłam do moment, gdy ból prostował mi palce i wbijał w łóżko, pomyślałam, że dokładnie tak samo czułam się pod koniec pierwszego porodu i muszę być już blisko celu. Niestety usłyszałam, że rozwarcie jest na 6 cm a wtedy ponownie zaproponowano mi środek przeciwbólowy (który dotąd stanowczo odrzucałam). Lek w zasadzie nie niwelował bólu, a wspomagał rozwieranie się szyjki. I dlatego ostatecznie zgodziłam się na jego podanie. Kolejne pól godziny spędziłam na leżąco, zmagając się z zawrotami głowy i coraz silniejszymi skurczami. Mąż pomagał niesamowicie: i tym razem mówił mi, że dotarłam do połowy skurczu i odtąd ból będzie łagodniejszy. W ten sposób dotarliśmy do kolejnego badania, po którym położna z uśmiechem stwierdziła, że jest już 9 cm i mogę na próbę zacząć przeć. Poprosiła mnie o ułożenie się na boku i musiałam ją nieźle wystraszyć, bo podczas kolejnego skurczu krzyknęła nagle: “Nie przyj!” i zaczęła wołać resztę ekipy oraz lekarza. Byłam kompletnie zaskoczona, bo nie do końca wiedziałam, co się dzieje. Bardzo się zdziwiłam, kiedy usłyszałam, że Nina za chwilę będzie z nami. Nastawiałam się na powtórkę z pierwszego porodu, kiedy urodzenie Antka zajęło mi 45 minut. Tym razem potrzebowałam 10 minut i trzech porządnych skurczów 🙂

Karmienie

Nie sądziłam, że pierwsze przystawienie będzie tak idealne. Mieliśmy czas i spokój, aby się zgrać a ja od razu poczułam, że Nina wie w czym rzecz. Nie obyło się bez drobnych problemów, ale szczęśliwie w nocy zajrzała do mnie położna i od razu naprostowała sytuacje. Od tej pory karmimy regularnie i bez problemów.

Sąsiadka

Pierwszą noc spędziłam w sali sama i wydawało mi się, że tak czuję się najlepiej. Jednak kiedy następnego dnia przywieziono moją sąsiadkę, poprawiło to mój nastrój niesamowicie. Dziewczyna okazała się fantastyczna – dowcipna i bardzo pozytywna. Wspólne doświadczenie, tęsknota za dziećmi pozostawionymi w domu a nawet żarty z personelu – wszystko to osładza czas spędzony w szpitalu.

Pomimo, że mój drugi poród był inni niż pierwszy, pomimo, że ból wydawał się jeszcze silniejszy niż poprzednio i przypomniałam sobie niefajny okres połogu, to w jednym upewniłam się po raz kolejny: Poród to fantastyczna sprawa, bo wieńczy go nowy człowiek, który w żadnym momencie ciąży nie jest tak realny jak leżąc na naszym brzuchu tuż po porodzie.

Previous 13 paragrafów w zakręconym kodeksie rodzicielstwa.
Next Dzieciaki.

Suggested Posts

Na śniadanie.

Koktajlowa rozpusta!

On the road again!

FILM: Nasze wakacje okiem GoPro!

Przekąski dla dzieci – na urodziny, kinderball i odwiedziny przyjaciół.

Mała kuchnia, wielki efekt – Duktig na 40 sposobów.