O co ten cały Snapchat?!


Odkąd Snapchat zaistniał w blogosferze na większą skalę – a było to po prelekcji Tomka Tomczyka na zeszłorocznym Blog Conference Poznań – planowałam u siebie wpis. Tomek zachęcał wtedy do wyjścia poza blog i  równie duże zaangażowanie w  działaniach w kanałach social media.  Zwłaszcza w tych nowych i coraz bardziej popularnych. Ten entuzjastyczny szturm na Snapa budził moje mieszane uczucia. Sądziłam, że nie jest to medium dla każdego, bo nie każdy twórca znajdzie tam swoich odbiorców. I nie każdy odnajdzie się w nowej formie. A żeby przyciągnąć uwagę obserwatorów (czyt. być ciekawym), trzeba mieć do tego przekonanie i to po prostu czuć. Chciałam się jednak przygotować do wpisu i zbadać sprawę od środka. Zainstalowałam aplikację i przez kilka miesięcy oglądałam zdjęcia/filmy wybranych blogerów i vlogerow z różnych dziedzin.

Dziś opowiem Wam o wynikach moich “badań”. Po pierwsze, potwierdziło się część moich wątpliwości, ale tylko część. Zaczniemy z perspektywy odbiorcy. Od początku spodobały mi się snapy Radzki i Red Lipstick Monster, bo prezentowały ich pracę “od kuchni”. Dziewczyny pokazują wszystko to, czego nie znajdziecie w ich filmach: przebieg dnia, podróże, kuchnia, spontaniczne prezentacje oferty sklepów itp. W przypadku Moniki Kamińśkiej uważałam na początku, że to kompletnie nie jest miejsce dla niej. Jej styl i osobowość gryzł się z luzacką (młodzieżową?) formą Snapchata. Dopiero z czasem zrozumiałam, że Monika zaadoptowała tę przestrzeń i dopasowała jego możliwości do swojego stylu. I również w jej przypadku mamy materiały zza kulis, czyli prowadzenie własnego biznesu: zakup materiałów czy działania marketingowe. Jessica Mercedes z kolei pokazuje “wielki świat” – podróże, pokazy mody, stylizacje i garderoba wielkości mojego garażu. No cud, miód i orzeszki. Zauważyłam z czasem, że im więcej materiałów dodawała, tym mniej zaczęło mnie to interesować. Owszem, sprawdzam, co tam u  niej słychać, ale nie oglądam już wszystkiego od przysłowiowej deski do deski. Na drugim biegunie jest rodzinna codzienność. jak np. u Agnieszki z bloga wronek.pl, Marty z nelove.pl, Antoonovki czy oczekujac.pl. Najpierw sądziłam, że tego typu materiały mało kogo zainteresują … a potem zaczęłam regularnie je oglądać :)) Bo te urywki z życia to w zasadzie też sceny”od kuchni”. Pokazują wszystko to, czego zazwyczaj nie ma na blogu – spontaniczne obrazki i zwyczajne rodzinne chwile.

W każdym z wymienionych przypadków kluczowe jest zaangażowanie. Mnie tak samo mocno interesuje codzienność Radzki ( bo jej życie jest zupełnie inne od mojego), jak mamy i jej rodziny (bo taka jak moja). Jak widać, każda treść może przyciągać, z takiego czy innego powodu.

Kiedyś uważałam, że i tak brakuje mi czasu na przeglądanie snapów, skoro w ciągu dnia nie mam nawet okazji przejrzeć Facebooka czy skrzynki mailowej. Dziś tego czasu mam już trochę więcej, ale i tak najczęściej “sociale” nadrabiam wieczorami. W ulotności materiałów na Snapchacie zbawienne jest MyStory, które przechowuje zdjęcia i filmy przez 24h. Tutaj znów wszystko sprowadza się do zaangażowania i naszych chęci. Jeśli je mamy, nic nam nie umknie 🙂

Z perspektywy odbiorcy Snapchat jest lekki i niezobowiązujący – nie ma możliwości komentowania (chyba, że poprzez wysłanie komuś własnego snapa albo chat ze znajomymi), żadnych like’ów, serduszek … Z drugiej strony czasami chciałoby się zareagować i wtedy brakuje tej możliwości.

Swoje materiały zamieszczam codziennie od kliku dni a więc mogę już conieco powiedzieć o moich odczuciach z perspektywy twórcy. Zaskoczył mnie przede wszystkim fakt, że dodawanie snapów jest takie banalne. Ani czasochłonne, ani skomplikowane. Co prawda trzeba w sobie wyrobić ten nawyk, bo do tej pory czas w ciągu dnia przeciekal mi przez palce, zawsze było coś do zrobienia a telefon leżał gdzieś na kanapie. U mnie wystarczył impuls a był to udział w 1. Urodzinach akcji Nicminiewisi. I bardzo się cieszę, że relacjonowałam ten event na Snapie, bo było kolorowo i pozytywnie (o czym jeszcze napiszę niebawem). Od tego czasu dodaję materiały spontanicznie, bez wewnętrznego przymusu. Bo to po prostu jest świetna zabawa i miły przerywnik w codziennych zadaniach.

Filtry, obrazki i napisy – to wszystko bardzo fajne narzędzia, ale jest też spory minus. Brakuje mi tutaj funkcji, jakie znamy z Instagrama: oznaczania użytkowników i proponowania kont do obserwacji. O odbiorców trzeba zabiegać na innych kanałach a ileż można trąbić, że jestem i dzielę się z Wami ciekawymi rzeczami? Użytkownik z kolei musi odszukać nazwę, żeby obserwować danego autora. A dziś, jak wiadomo, im więcej roboty, tym gorzej. Radzić sobie wszyscy radzą, ale przydałoby się kilka usprawnień.

Po miesiącach obserwacji i kilku dniach aktywności wiem tyle: Snapchat jest naprawdę ciekawy i oferuje coś zupełnie innego niż blog, kanał na YouTube czy Instagram. Jest odskocznią i stwarza okazje do pokazania czegoś więcej. Nawet ostatnia nowość, czyli możliwość nagrywania live’ów na Facebooku nie są moim zdaniem konkurencją dla krótkich, spontanicznych snapów. Każdy, absolutnie każdy może wykorzystać to medium do swoich potrzeb. Można zaplanować formułę materiałów (jak robił to Jan Favre, ale niestety już przestał), można iśc na żywioł. Można wrzucać zdjęcia, strzelać zabawne komentarze jak Arlena Witt a można nawet wygłosić dłuższą opinię na dany temat. Jest to po prostu uniwersalne narzędzie, które można ciekawie wykorzystać. 

A dlaczego odbiorca chciałby regularnie śledzić snapy znajomych czy ulubionych twórców? Dla chwilowej rozrywki, edukacji (ja już na przykład wiem, ile czasu i pracy zajmuje montaż filmu). Dla czerpania inspiracji i motywacji. Ja widzę w tym jeszcze wartość terapeutyczną, ale dziwna może jestem 😉 Podsumowując: bawmy się ludzie i korzystajmy z nowinek! Póki jeszcze ogarniamy i nie mamy wnucząt pod opieką 😀

A co ja tam w ogóle robię?

Na chwilę obecną pokazuje moją codzienność, dni z życia mamy :)) Są dzieciaki, są zakupy, smaczne jedzenie i informacje, które mogą Was zaciekawić. Wszystko to, czego nie mam okazji pokazać na blogu a czym nie chcę zalewać Was na Instagramie. Zabieram Was ze sobą, nieważne czy to warzywniak czy piękne, wielkopolskie jeziora. Czasami śmiesznie, czasami strasznie albo uroczo zwyczajnie 🙂 Instalujcie Snapchata i szukajcie mnie pod nazwą:

A jeśli macie swoje konto, koniecznie napiszcie mi w komentarzu. Jestem podglądaczem i nie wstydzę się tego przyznać! Za co lubicie Snapchata? Albo co Was w nim nie przekonuje?

(element zdjęcia: noizz.pl)

Previous Dziękuję Ci, Mamo.
Next Wielki słownik małego człowieka.

Suggested Posts

Moja codzienna pielęgnacja.

Jak wychować materialistów.

I ciemność nam niestraszna.

Piwnooka & Co. na co dzień :)

Angielski w przedszkolu – hit czy kit?

Uratujmy ten dzień!