Choroba lokomocyjna u dzieci. Jak walczyć z największym wrogiem podróży?


Dotychczas nasze rodzinne wyjazdy to były kilkugodzinne wyprawy. Nad Bałtyk, na Podlasie, za zagranicę. Samochodem czy pociągiem, samolotem – wszystko mieliśmy już obcykane. Wszędzie mamy niestety daleko i podróż krótsza niż 8 godzin to rzadkość. Z dwójką dzieci zawsze trzeba to zaplanować: ustalić postoje, zaopatrzyć się w przekąski i atrakcje. Pieluchy, ciuchy na zmianę, poduszki, kocyki … lista jest długa i każdy rodzic dobrze ją zna. Tym razem nasz wypad do Czech to miał być pikuś. Mniej niż 4 godziny, w idealnych warunkach drogowych i pogodowych. A jednak stało się coś, czego się absolutnie nie spodziewaliśmy.

Jest to jedna z tych rzeczy, której masz wielką nadzieję nigdy nie doświadczyć. Bo powoduje stres u wszystkich, jest nieprzyjemna i odbiera radość z podróżowania. Choroba lokomocyjna. Walczyłam z nią całe moje dzieciństwo i nawet teraz czuję czasami to nieprzyjemne mulenie w żołądku. Antek przemierzył z nami tysiące kilometrów i najwyraźniej został przez nią oszczędzony. Niestety Nina nie miała tyle szczęścia.

Nasza podróż rzeczywiście nie była długa – głównie wygodnymi trasami, choć z krętą końcówką (podczas której i ja musiałam zaczerpnąć świeżego powietrza). W pewnym momencie Nina zaczęła skarżyć się na ból brzucha, ale uznałam, że to ciasno zapięte pasy fotelika i lekko je poluźniłam. Nie pomogło.

Z każdym kilometrem stawała się coraz bardziej marudna, nie chciała pić, nawet bajka nie potrafiła przyciągnąć jej uwagi. W końcu niespodziewanie i konkretnie zwróciła śniadanie i słodkie przekąski, które poskubała w podróży. Płacz niesamowity, nasze zaskoczenie, postój i czyszczenie bałaganu mokrymi chusteczkami. Jedynie pocieszenie, że potem wrócił jej humor i ostatnią godzinę, pokonaliśmy bez przygód, nawet jeśli w dużym zniecierpliwieniu.

Mój mamuśkowy umysł zaczął mnie oczywiście straszyć, że to być może jakiś wirus i dopiero początek choróbska. Na szczęście zaraz po przybyciu na miejsce, po krótkim spacerze Ninie wróciły apetyt i energia typowej 2-latki. Mogłam odetchnąć z ulgą.

Choć do podróży powrotnej zostało nam kilka dni, już przeczesałam Internet w poszukiwaniu sposobów na uniknięcie a przynajmniej złagodzenie nieprzyjemnych dolegliwości. Ja od lat posiłkuje się “Aviomarinem”, ale dziecku w życiu go nie podam. Leki homeopatyczne to już lepsza opcja, ale mi osobiście nigdy nie pomogły i nie bardzo wierzę w ich działanie.

Okazuje się jednak, że kiedy mamy już świadomość co do ewentualnych skutków, możemy się do podróży o wiele lepiej przygotować. I zadbać o warunki w jej trakcie. Najważniejsze to:

  • Zjeść lekkie śniadanie. Nie podawać dzieciom nic ciężkiego, słodkiego i pilnować ilości. Nie można przesadzać też w drugą stronę, bo pusty żołądek może tylko pogorszyć samopoczucie.
  • Na podróż przygotować lekkie przekąski. Pieczywo, paluszki, owoce bez skórki, krakersy … Najlepiej ograniczyć jedzenie i picie do minimum. Unikać słodyczy i napojów gazowanych.
  • Zadbać o warunki w aucie. Usunąć wszelkie gadżety zapachowe, które mogą wywoływać nudności. Przewietrzyć przed podróżą i w jej trakcie. W naszym przypadku słońce dosłownie waliło po oczach, co w zimie było dużym zaskoczeniem. Nie zadbaliśmy o żaluzje a promienie ogrzewały nas solidnie a zaduch był wyczuwalny. Teraz będziemy dzieciaki zasłaniać.
  • Odpowiednio ubrać dziecko. Podstawą jest zdjęcie okrycia wierzchniego, czapki i szalika. Ale tak samo ważne jest ubranie dziecka wygodnie (spodnie dresowe, legginsy) i praktycznie, czyli warstwowo. Zawsze można zdjąć jedną warstwę a w razie chłodu, okryć kocykiem.
  • Zaplanować częste, regularne postoje. Dla rozprostowania kości i zaczerpnięcia świeżego powietrza.
  • Zadbać o miejsce małego pasażera. Foteliki samochodowe RWF (montowane tyłem do kierunku jazdy) są najlepsze bo najbezpieczniejsze, ale taka pozycja może powodować złe samopoczucie. Jeśli podróż staje się bardzo uciążliwa, warto pomyśleć o tradycyjnym foteliku. Trzeba pamietać też o dopasowaniu pasów bezpieczeństwa. Muszą być dopasowane, ale nie nadmiernie napięte.
  • Zachęcać dziecko, aby patrzyło przed siebie a nie na boki. Do dzisiaj nie mogę patrzeć na przelatujące przed oczami drzewa i budynki. Jeśli nie mogę patrzeć na wprost, zatrzymuje wzrok na dalekim krajobrazie albo na czubkach drzew.
  • Pomyśleć o zajęciu podczas podróży. Być może u jednych dzieci zadziała oglądanie bajek, słuchanie piosenek, opowiadań, u innych zabawa figurkami, przeglądanie książeczek. Warto odciągać uwagę grami słownymi, historyjkami itp.
  • Wybrać dobrą porę na podróż. Najlepszym rozwiązaniem może być podróż wieczorem. Jest szansa, że dzieci prześpią choćby jej część. Być może dużo da już sama pora – wieczorem jest ciemno i nie widać migających obiektów.
  • Zaopatrzyć się w pomocny zestaw. Dla maluchów herbatka rumiankowa, dla starszaków miętowe, imbirowe lub kwaśne cukierki. Pomóc może również życie gumy miętowej.
  • Zachować spokój i dobrze się nastroić na wyjazd. Nerwy i oczekiwanie najgorszego na pewno nie poprawi atmosfery w aucie. Dlatego ważne jest pozytywne myślenie i nie okazywanie zdenerwowania. Warto też przygotować zestaw awaryjny, czyli torebki, chusteczki, ręcznik, ubranie na zmianę itp. Lepiej mieć i nie wykorzystać niż nie mieć i nerwowo przeszukiwać bagażnik.
  • Zwrócić się o pomoc do lekarza. Kiedy choroba lokomocyjna staje się bardzo uciążliwa, warto zasięgnąć fachowej porady. Lekarz powinien polecić środki farmaceutyczne, być może opaski uciskowe albo zioła.
  • Zakleić pępek przed podróżą. Zaklejenie pępka plastrem (jednym lub dwoma na krzyż) to metoda dość kontrowersyjna. To była pierwsza rada, jaką otrzymałam po feralnym zdarzeniu i wiele osób twierdzi, że w przypadku ich dzieci jest skuteczna. Dlaczego? Zależności między pępkiem a błędnikiem (a to właśnie jego nadmierna stymulacja powoduje objawy choroby lokomocyjnej) nie potwierdzają żadne badania naukowe. Sporo osób uważa, że to jedynie efekt placebo. Inni twierdzą, że zaklejenie pępka powoduje nacisk na nerwy, pobudzające ośrodkowy układ nerwowy. Dla mnie jako mamy istotne są dwie rzeczy: 1. Czy moje dziecko da sobie zakleić pępek? i 2. Czy to w jakimś stopniu pomoże?Jeśli obie odpowiedzi będą twierdzące, to super!

Nie wiem, co dokładnie wywoływało u mnie przykre dolegliwości, ale męczyły mnie całe dzieciństwo. Pewnie była to jakaś szalona kombinacja zapachów (benzyny, starych autobusów, duszących aromatów), skręcania, hamowania i przelatujących obrazów. Miałam szczęście, bo wymioty zdarzały mi się rzadko a wiem, że choroba lokomocyjna może wywoływać jeszcze zawroty i ból głowy, senność a nawet omdlenia.

Z chorobą lokomocyjną nie da się do końca wygrać. Na szczęście można ją złagodzić i z niej w końcu wyrosnąć, czego życzę Ninie. Póki co mam jeszcze nadzieję, że to był jednorazowy incydent a następna podróż przebiegnie bez “przygód”.

(zdjęcie: theregalteam.com)

Previous 15 miłosnych plakatów do pobrania. Idealne na Walentynki, choć nie tylko!
Next Moje zakupowe życzenia na 2017.

Suggested Posts

Okiem doktora i wiedz, że coś się dzieje …

Mdłości? Witam w klubie :)

Kolekcjonerka.

11. miesiąc Niny i 3 x TAK.

Szkoła Rodzenia?

Powroty.