Obrazi, ugryzie, może w końcu zabije … Reaguj i działaj zanim będzie za późno.


Jestem zdruzgotana. Dobry tydzień temu Marzena z bloga nakolkach.com pisała o rodzicielskim obowiązku wpojenia swoim dzieciom szacunku, nauczenia tolerancji dla wszelkich odmienności, zwłaszcza tych wynikających z nieuleczalnych chorób i schorzeń. Pisała o odpowiedzialności spoczywającej na nas – rodzicach za to, jak dzieci odnoszą się do swoich rówieśników. Za zadbanie o to,  czy są tolerancyjne i w ogóle uwrażliwione na krzywdę, jaką można komuś wyrządzić, choćby jednym słowem.

A dziś dotarła do mnie wiadomość o samobójstwie 14-letniego Dominika. Zabił się, bo był wyśmiewany za dbałość o swój wygląd: za spodnie-rurki, za fryzurę. Coś tak błahego, jak sposób bycia – być może wynikający z ogromnych kompleksów na tle swojego wyglądu – przeszkadzało rówieśnikom Dominika na tyle, by nazywać go “pedziem” i rzucać w niego kamieniami. Powiedziałabym, że to ten głupi gimnazjalny wiek, ale przecież nauczycielka chłopca również go poniżała, na forum całej klasy. Powiedziałabym, że to zapewne tacy ludzie … zacofani, smutni, nienawidzący swojej pracy na tyle, by odreagowywać na uczniu, jednak od razu przypominam sobie ostatnie bagienko, które wywołał tęczowy Facebook.

Jestem zdruzgotana i to podwójnie. Po pierwsze tym, jak psychicznie wykończony był Dominik i jak niskie miał o sobie mniemanie. Zostawił list pożegnalny, w którym określił siebie jako “zero”. Z relacji jego mamy wynika, że rozmawiali ze sobą otwarcie a ona wiedziała o problemach z nauczycielką. W końcu powszechnie było wiadomo, jak kobieta traktuje uczniów i dlaczego wzbudza w nich strach. Czy wiedziała o rówieśnikach? Możliwe, że w ogóle albo może tylko część. Ja w takich sytuacjach stawiam się na miejscu tej mamy i wyobrażam sobie, jak pęka jej serce, gdy pomyśli o cierpieniu syna. Czy zadaje sobie setne, tysięczne pytanie “Czy mogłam to przewidzieć?”, “Czy mogłam temu zapobiec?”, “Czy moje dziecko dawało mi znaki a ja ich nie widziałam?”.

Smutna naszła mnie refleksja, że możesz swoje dziecko wychowywać wzorcowo, zgodnie z każdym jednym filarem Rodzicielstwa Bliskości a potem może to nie mieć żadnego znaczenia. Możesz szczególnie podsycać poczucie własnej wartości tego małego człowieka, możesz lata całe przekonywać, że ta siedmiokrotnie zoperowana warga nie ma znaczenia, bo liczy się wnętrze i dobre serce. A potem puszczasz dziecko między ludzi i możesz mówić o szczęściu, jeśli te dzieciaki w szkołach rzeczywiście są ludźmi i zachowują się po ludzku a nie jak zwierzęta. Najgorsze jest to, że taki dojrzewający młody człowiek, rozchwiany emocjonalnie, przewrażliwiony na punkcie wielu, nie tylko osobistych spraw i buntujący się wobec starszych pokoleń, trafia do skupiska ludzi podobnych sobie. Niestety często z gorszą przeszłością, brakiem dobrych wzorców i z dużymi pokładami agresji.

I faktycznie okres nauki w gimnazjum to taki dziwny czas, kiedy rodzic traci wiarę, że ma jeszcze jakikolwiek wpływ na swoje dziecko. Mówił o tym w niedawnym wywiadzie Łukasz Łągowski, dyrektor warszawskiego Kąta. Wtedy rówieśnicy są najważniejsi, bo nagle oni stają się autorytetem, kreują wzorce i postawy. Jednostka odbija się w nich jak w lustrze i albo upewni się co do swojej wartości, albo nie. W najgorszym przypadku skończy jak Dominik.

Zdruzgotana jestem każdym jednym rodzicem, który takiego kata wychował pod swoim dachem. Być może olewał i popełniał każdy możliwy błąd, łącznie z własnym przykładem – to i tak nadal wychowanie poprzez … brak wychowania. Doprowadził do tego, że jego dziecko przyczyniło się do śmierci drugiej osoby a jego nienawiść wobec homoseksualistów, których podczas rodzinnych imprez przy grillu zwykł nazywać “pedziami”, okazała się całkiem skutecznym narzędziem. Bo taki mamy oto kraj, gdzie odmienna orientacja seksualna jest jak wyrok i oznacza wykluczenie z grupy – dla nastolatka tragedię i życiową porażkę. Dla niego pryszcz to koniec świata a co dopiero reputacja.  Tutaj słowo “pedzio” może być gwoździem do trumny, bo dla obywateli i organów ścigania homofob zawsze zawsze mniej szkodliwy niż pospolity kieszonkowiec czy mama przewijająca dziecko w autobusie. Tak bardzo cenimy sobie wolność słowa i prowadzimy wojenki w Sieci a zupełnie zapominamy, że przeczytać może je każdy, również chłonny jak gąbka gimnazjalista. I może wziąć z nich przykład.

Wyraziłam swoje zdanie pod tekstem nakolkach.com i powtórzę raz jeszcze. Wiek dziecka a więc także wpływ grupy rówieśniczej na jego poglądy i zachowanie, nie może nigdy zwalniać nas z odpowiedzialności i naszego rodzicielskiego obowiązku. Ja doskonale rozumiem, że opinia kumpla jest w pewnym momencie ważniejsza od próśb mamy. Za kilkanaście lat też pewnie będę czuła tę samą niemoc. Tylko, że pewne rzeczy faktycznie można tłumaczyć wiekiem dojrzewania, który ma swoje prawa, ale one w dużej części nie biorą się z powietrza. Małe dziecko nie dzieli ludzi w ten sam sposób, jak dorośli. Dla nich ktoś na wózku, to nie kaleka w jakiś sposób ograniczony i przez to inny (gorszy). Dziecko nie zna takich słów jak “pedzio”, dopóki nie usłyszy ich od dorosłego. Bez względu na to, jak szalone i okrutne plany mogą się zrodzić w nastoletnim umyśle, w jakimś – mniejszym lub większym stopniu prowadzą one do nas – rodziców i opiekunów. I szkoda tylko, że zwykle dociera to do nas tuż po jakiejś tragedii a nie przed.

Co można robić? Chyba to, co nam pozostaje: obserwować i reagować. Mieć oczy otwarte zawsze, przy każdej okazji. To nieprawda, że rodzice nie mają wpływu na swoje dziecko. To jest po prostu coś bardzo trudnego, z czym boja się zmierzyć. Wiele rzeczy można ukryć przed drugim człowiekiem – narkotyki, bulimia, depresja … ale czy charakter, zachowanie wobec innych osób (w tym wobec nas) można udawać? Jeśli rodzic nie zna przekonań własnego dziecka –  kogo można za to obwiniać? Jeśli dziecko udziela się na profilu, szydzącym ze śmierci Dominika – kto odpowiada za to, że robi to niezauważenie, być może “pod okiem” dorosłych? Dlatego uważam, że na próby dotarcia do własnego dziecka nigdy nie jest za późno. Może warto jednak posłuchać  jego “mądrości” niż ucinać rozmowę już na wstępie. I dawać przykład, z myślą o przyszłości. Bo czasami na rozlane mleko to i szmatka nie pomoże.

(flickr.com)

Previous Nasze drogowskazy.
Next To bee or not to bee? Czyli 15 faktów o słodkim biznesie i ciekawa inicjatywa!

Suggested Posts

Najlepszy sposób na podanie dziecku lekarstwa?

Mleko/herbatka/woda/sok – dlaczego moje dziecko tak dużo pije w nocy?!

Jestem TĄ mamą od czapeczki.

3 zasady dobrego rodzicielstwa.

Kilka kroków do stylu skandynawskiego w Twoim domu.

“Nie, nie! To się nie dzieje naprawdę!” – czyli kronika wypadków weselnych.