Ciąża – I trymestr.


Wizyta u ginekologa ostatecznie potwierdziła obecność małej fasolki, według obliczeń był to 6. tc. Podczas badania USG mogłam już zobaczyć malutkie ziarenko i przekonać się, że wszystko idzie w dobrym kierunku 🙂 Bardzo się uspokoiłam. Poprosiłam też o zwolnienie z pracy, tak więc po 3 dniach od rozpoczęcia kolejnego roku pracy, miałam do niej nie wracać przez następne 9 miesięcy ciąży, urlopu macierzyńskiego i może jeszcze dłużej 🙂


Spotkałam się z przypadkami, kiedy kobiety bardzo długo pracowały będąc w ciąży i były zadowolone ze swojej decyzji. Do tego znam negatywne opinie o tych, które zdecydowały się spędzić te kilka miesięcy w domu, na zwolnieniu – bo przecież ciąża to nie choroba! Jak tylko mogłam, przedstawiałam swój punkt widzenia na tę sprawę: Ciąża (zwłaszcza pierwsza) to wyjątkowy okres w życiu kobiety, to nie choroba ale jednak bardzo ważne miesiące (szczególnie I trymestr), kiedy tryb życia, w tym ilość stresu, obciążenie psychiczne itp. może istotnie wpłynąć na zdrowie moje i mojego dziecka. Jeśli wiec moja praca niesie ze sobą jakieś zagrożenia, w imię czego mam ryzykować? Jestem pewna, ze nikt nie uznałby mojego poświecenia za coś wyjątkowego, co zasługuje na uznanie, albo zwyczajne ludzkie “dziękuję”. W zamian mogłabym się jedynie nabawić notorycznych przeziębień, dzień w dzień zmagać się ze stresem, pracowitymi wieczorami i zajęciami dodatkowymi. Podsumowując: jeśli komuś praca potrzebna jest jak tlen do życia – niech pracuje choćby do rozwiązania. Pozostaje oczywiście współczuć tym kobietom, które  z obawy o zatrudnienie w przyszłości albo z innych ważnych przyczyn, nie mają wolnego wyboru. Ja odbierałam ciążę jako czas dla mnie: żeby wypocząć (również psychicznie), zadbać o siebie, przygotować się na narodziny dziecka i rozpoczęcie zupełnie nowego życia. I tak tez zrobiłam 🙂

Około 5 czy 6 tygodnia zaczęły się mdłości. Nie były aż tak silne, w każdym razie ani razu nie wymiotowałam. Były za to dość męczące i co nietypowe: pojawiały się głownie wieczorem a nie jak zazwyczaj rankiem. Zwykle po śniadaniu musiałam się na chwilkę położyć i już było lepiej. Dokuczały tez czasami w porze obiadowej, co skutecznie odbierało mi apetyt :/ Natomiast najgorzej było wieczorami, od ok. 20:00 do 22:00/23:00. Nie mogłam czytać, oglądać TV, bo nawet od migających obrazów robiło mi się niedobrze, więc najczęściej leżałam plackiem na kanapie i patrzyłam przed siebie. Nie odpychał mnie jakoś szczególnie zapach jedzenia, czasami przeszkadzało mi mięso, choć jak zawsze zajadałam się nim ze smakiem. Co ciekawe i zdaje się dość powszechne: zapach perfum “Alien”, które kupiłam przed ciążą i bardzo lubiłam, zaczął mnie strasznie odrzucać. Wystarczyło raz powąchać i już było mi niedobrze.* Próbowałam herbaty imbirowej i cukierków – bez skutku, nawet chyba jeszcze bardziej mnie po tym mdliło. Wydaje mi się, że na chwilkę pomagało żucie gumy rozpuszczalnej, o kwaśnym owocowym smaku. Na pewno pomagało coś, co miało smak, natomiast herbaty bez cukru, czy woda mineralna bezsmakowa przyprawiały mnie o mdłości. Wszystko trwało około 2 miesięcy (do 16. tc), przeszło raczej, stopniowo, a któregoś dnia zauważyłam, że wieczorne mdłości się nie pojawiły. Oczywiście można je przeżyć, są po prostu upierdliwe i psuja humor :/

W I trymestrze poprawiła mi się cera, nie dokuczały mi już bóle kręgosłupa, nie musiałam tez biegać częściej do toalety, jak to często się zdarza. Dostałam kataru, co podobno typowe w ciąży. Dodatkowo, dłonie i usta zrobiły mi się bardzo suche. Jako, że przebywałam w domu, mogłam wysypiać się do woli: do późnego ranka i po południu (choć chodziłam późno spać, grubo po północy). Spałam więc sporo, dlatego ciężko mi powiedzieć, czy odczuwałam większe zmęczenie. Nawet przed ciążą, pracując, robiłam się senna po obiedzie, i zawsze lubiłam spać długo, wiec nawet nie wiem, czy w pierwszych tygodniach potrzeba snu się zwiększyła, czy nie. Spalam bardzo dobrze, żadnych problemów z zasypianiem, czasami jakieś szalone sny, co też ponoć się zdarza. Niemal od początku przestałam spać na brzuchu i bardzo mi tego brakowało. Troszkę powiększyły mi się piersi, były bardzo wrażliwe – bolały nie tylko przy dotyku, ale choćby przy chodzeniu, pochylaniu się. Pojawiły się tez na nich widoczne pod skora żyły. Poza tym żadnych plamień, może troszkę wzmożone upławy, żadnych bólów brzucha, sporadyczny ból głowy. A poza tym nic a nic 🙂
Zaczęły się również pierwsze zachcianki. Nie w formie “muszę to mieć teraz albo umrę!!!”, raczej zwyczajna ochota na konkretny produkt/smak. W I trymestrze były to: Fanta (której nigdy nie piję, nigdy), rosół, barszcz (szczególnie dobry domowy od teściowej, a w kryzysie taki z torebki), wędliny, kiełbaski i słodkie (jak zawsze;)).
Przybierałam na wadze powoli, 1kg/2kg na 4 tygodnie, wyniki krwi i moczu były prawidłowe, ciśnienie w normie, choć śmieszyło mnie zawsze, że moje niskie ciśnienie, zazwyczaj rosło podczas wizyty u ginekologa  (tzw. „syndrom białego kitla”?) i dane w mojej karcie ciąży mogłyby budzić niepokój 😉

Dieta: jadłam i piłam wszystko to, co dotychczas, z wyjątkiem alkoholu, surowego mięsa, sera pleśniowego (choć później już sobie na niego pozwalałam), hmmm …. to chyba ważniejsze rzeczy. Nigdy nie byłam fanem mleka, jogurtów, za poleceniem lekarza nie zmuszałam się, chociaż polubiłam ser żółty, biały. Niemal z początkiem ciąży zauważyłam, że o wiele częściej mi się odbija, po jedzeniu i nawet w trakcie. I chyba prawie brak gazów w całej ciąży miał z tym coś wspólnego 🙂 Niestety minęło wraz z porodem 🙁

Podsumowując: gdyby nie mdłości, I trymestr byłby wręcz idealny. Chociaż z obecnej perspektywy muszę przyznać, że był przyjemny. Ja czułam się dobrze, fasolka rozwijała się prawidłowo, a pierwsze badania wykluczały jakiekolwiek choroby. Kolejne USG pokazało maleństwo o długości 4cm! Byłam więc też spokojna, wypoczęta i jak mówił mój maż – wyciszona i pozytywna.


*To niestety nie wróciło z czasem do normy, nawet teraz długo po ciąży nie mogę ich używać.
Previous Hmm, czy to są dwie kreski?
Next Ciąża - II trymestr.

Suggested Posts

Witamy w naszym domu. Część III.

“Mamo, Tato – więcej wiary!”

Nie ma to jak praktyczny prezent na Dzień Kobiet!

Na śniadanie.

Kochaj sąsiada swego, bo możesz mieć gorszego!

Są takie dni …