Kolejkowa rewolucja – wieści z frontu.


Po świątecznej przerwie czas wrócić do działań. W dwa miesiące po starcie akcji, nadeszła dobra pora na przegrupowanie, zmianę taktyki i namierzenie nowych celów. Choć stare nadal na celowniku, ale o tym za chwilkę … Dziś wiem zdecydowanie więcej niż jeszcze w październiku 2014 roku. Poznałam funkcjonowanie mediów, trafiłam na fantastycznych, słownych ludzi a także na takich, dla których szacunek i dotrzymywanie obietnic to puste słowa. Dwa miesiące pracy pozwalają już na konkretne podsumowanie i powiadomienie naszych najzagorzalszych zwolenników o dotychczasowych sukcesach i porażkach Kolejkowej Rewolucji.

Jeśli z tą nazwą spotykasz się po raz pierwszy, zapraszam Cię do przeczytania wpisu, inicjującego całą akcję. Zerknij koniecznie na stronę Kolejkowe Rewolucji oraz na fanpage akcji na Facebooku!

A teraz czas na konkrety.

Kiedy nieśmiało i po cichu zaczęłam myśleć o temacie kobiet w ciąży w kolejkach, zwłaszcza kiedy kolejne komentarze w różnych miejscach Facebooka przekonywały mnie, że problem istnieje nie tylko w mojej głowie, nie sądziłam, że zdołam samodzielnie (z dużą pomocą męża) rozkręcić akcję społeczną. Nie przypuszczałam, że będę udzielać wywiadów, roznosić plakaty i telefonować do działów PR ogólnopolskich firm. Choć panicznie boję się mikrofonu, a rozmowy bez kontaktu wzrokowego bardzo mnie onieśmielają, musiałam się przemóc. Dla dobra spawy.

W kupie siła!

Jak każda akcja, również “Kolejkowa” potrzebowała mocnego startu i rozgłosu. Zaczęłam od – nazwijmy to – własnego podwórka. Nie zliczę, ile znam (nie osobiście, choć to by bardzo ułatwiło sprawę, ale znam = czytam) blogerek:  mam oraz młodych singielek. Wiedziałam, że wiele z nich dołączy do akcji bez dodatkowych pytań, namawiania i próśb. Siadałam wieczorem i wyszukiwałam adresy e-mail oraz imiona. Każde zaproszenie do akcji wysłałam oddzielnie, każdorazowo zwracając się do adresatki/adresata z  imienia a jeśli takiego nie mogłam znaleźć, z pseudonimu blogowego. Nie było mowy o metodzie “copy/paste”! Miało być z szacunkiem, na poziomie.

W ciągu kilku wieczorów wysłałam 63 maile, 6 z nich poleciało do panów blogerów. Wiecie ile osób na nie odpowiedziało? 26. To mniej niż połowa. Dodatkowo, część odpowiedzi okazało się pustą deklaracją a dane słowo nie zostało dotrzymane. Nieważne, że część z nich nie miała czasu odpisać. Nie spodziewałam się odpowiedzi natychmiastowej, ale naprawdę naiwnie sądziłam, że na kulturalnie napisanego maila wypada odpowiedzieć. Istnieje też duża szansa, że trafiłam do spamu, ale bądźmy szczerzy – każdy szanujący się bloger co jakiś czas przegląda ten folder.

Na szczęście odzew był tak naprawdę o wiele większy, bo wiele blogerek i blogerów dołączyło do akcji bez mojego zaproszenia – myśleli tak jak ja i chcieli dołożyć swoją cegiełkę do akcji. Napisali wspaniałe wpisy, dzielili się własnym doświadczeniem i aktywowali czytelników – nawet jeśli tylko poprzez fanpage swojej strony. Każda kolejna osoba na tzw. “froncie” dodawała skrzydeł, podobnie jak miłe wiadomości i komentarze o potrzebie organizowania takich akcji.

Do dnia dzisiejszego do akcji dołączyły 33 blogi. Cała ich lista dostępna jest tutaj. Dzięki nim “Kolejkowa” ruszyła z przytupem i jestem im za to nieopisanie wdzięczna. Lista tych, do których jeszcze nie dotarłam nadal jest długa. W pewnym momencie musiałam przerzucić swoje działania z blogosfery na media i firmy. A póki co doświadczyłam na własnej skórze, czym jest walka o czyjąś uwagę i z tej cennej lekcji mam kilka spostrzeżeń. Najważniejsze jest jedno …

Bloger nie umie powiedzieć “nie”.

Po prostu nie odpisuje w ogóle. Nawet jeśli na swojej stronie zaprasza do dialogu lub jeśli obiecuje, że odpisze na każdy mail. Nie ma przecież czasu a podobnych próśb o wsparcie (ale przecież ja zapraszałam …) dostaje kilkanaście dziennie. “Sama się o tym przekonam, kiedyś … ” Czasami już już prawie dostałam wiadomość, ale autor nie do końca był pewien, czy popiera takie akcje, czy nie. Miał odpowiedzieć wieczorem, ale zapomniał. A ostatecznie na kogo zrzucił winę? Na mnie. Bo nie przypomniałam! Przepraszam, czy ja koresponduje z Papieżem? Czy z równym sobie – osobą dorosłą, od których oczekuje się jakiejś tam odpowiedzialności i zapisywania rzeczy do wykonania? Jeden odpowiedział i to cholernie szczerze, mniej więcej takimi słowami: “Jakbyś była moją kumpelą, to bym Cie wsparł, ale ja Ciebie nie znam.” Plus dla niego za nazywanie rzeczy po imieniu. Jedna blogerka całą sobą wsparła akcję, wyraziła podziw i w ogóle, tyle że jedynie w mailu. Z uwagi na zmianę tematyki bloga z parentingu na inny, nie mogła zająć stanowiska oficjalnie. A po dwóch miesiącach parentingi nadal mają się u niej świetnie. Inna blogerka już drugi miesiąc myśli, jak akcję wpleść w swojego bloga. A może tak: “Hej! Jestem kobietą i byłam kiedyś w ciąży. Nie bądźmy świnie, dajmy babkom z brzuchami czasami usiąść, przepuśćmy w kolejce!”. Krótko i na temat. O wiele nie proszę. Mało tego. Mam swoje lata i proste “NIE” doskonale zrozumiem. Byleby padło. Więc tak … rozczarowana jestem trochę. Również tym, że nikt merytorycznie nie chciał ze mną polemizować, jak na intelektualistów przystało. Albo im było szkoda czasu, albo polemizować nie ma o czym, bo sprawa jest jasna jak słońce. W czasach, kiedy wycenić można wszystko, żaden duży, szanujący się bloger nic nie zrobi za darmochę! Nawet na maila nie odpowie. Przykre ale prawdziwe. Na szczęście, świat nie kończy się na grupce skupionych na sobie autorach a blogosfera jest tak naprawdę pełna cudownych, kulturalnych, bezinteresownych i solidaryzujących się ze sobą osób.

Odbiór akcji.

Odbiór jest fantastyczny. Wystarczy odwiedzić fanpage akcji oraz strony zaangażowanych blogerów i poczytać dziesiątki komentarzy. Wspaniałe są wszystkie maile i wiadomości, ze słowami wsparcia i podziękowaniami za poruszenie tematu. Bo zdecydowana większość widzi potrzebę poprawy tej bardzo egoistycznej postawy społeczeństwa. Takiej, kiedy nasza strata (kilka minut dłużej w kolejce, ale zawsze!) ważniejsza jest od czyjegoś zysku. Bo tak. Bo “Ja mam gorzej.” albo:” Ja też kiedyś byłam w ciąży!” albo: “Jak rozkładała nogi, to niech teraz stoi …” Znając tego typu “argumenty”, czytam komentarz pewnej blogerki (przeciwnej akcji), ażeby nic nie narzucać i takie zachowania pozostawić w sferze gestów grzecznościowych a pusty śmiech mnie ogarnia. Nastały może i czasy gestów i to różnorakich, ale na pewno nie grzecznościowych. Zresztą, akcja nie propaguje wymuszania pewnych zachowań. Jak się ktoś uprze to nie przepuści i nic z tym nie zrobimy. Uważam jednak, że mały plakat w sklepie po pierwsze przypomni klientom, że kobiety w ciąży wypada przepuszczać w kolejce, a po drugie ośmieli same zainteresowane. Żeby nie bały się odezwać i zwyczajnie poprosiły o mały wielki gest.

A w całej akcji chodzi o zwyczajną, ludzką życzliwość. O wyrozumiałość dla wyjątkowego stanu, jakim jest ciąża. Stanu, którego objawy mogą być w ostatnich miesiącach bardzo dokuczliwe. Czasami mogą utrudniać codzienne funkcjonowanie, a czasami wręcz stanowić zagrożenie dla zdrowia mamy i dziecka. Czy zawsze musimy kwestionować, podejrzewać o najgorsze i lekceważyć? Teraz będzie trochę niefortunne porównanie, które powinno jednak dobrze zobrazować sedno sprawy: Kiedy osoba niepełnosprawna, ot kierowca auta z widocznym znaczkiem wózka inwalidzkiego parkuje na uprzywilejowanym miejscu, czy sprawdzamy, jaką ma grupę inwalidzką? Czy dopytujemy, którą część ciała ma niesprawną? Bo jak ręce albo kręgosłup, to na nogach choćby i z końca parkingu może podreptać! Oczywiście, że nikt z symbolem nie dyskutuje. Więc dlaczego kobiety w ciąży (podobnie jak osoby starsze) są lekceważone? Dlaczego tolerujemy tę dziwną, społeczną znieczulicę? Do wielu nadal nie dociera, że jeśli dziś dana postawa cieszy się przyzwoleniem, jutro podobnych postaw będzie znacznie więcej i więcej.

Meritum sprawy tkwi w jednym przekonaniu. Pięknie i dobitnie podsumowują je słowa Władysława Bartoszewskiego: “Warto być przyzwoitym”. Tu nie ma z czym dyskutować.

Zainteresowanie firm.

Ubolewam, że póki co jest tak słabe. Skierowałam swoje kroki do firm lokalnych oraz do największych ogólnopolskich sieci sklepów, przede wszystkim do tych z artykułami dla dzieci, kobiet (również tych w ciąży) i ogólnie dla rodziców. Odzew tych drugich jest praktycznie zerowy. Mogę się przypominać, wysyłać pisma przewodnie i jakbym mówiła do ściany. Nie dość, że działy PR nie poczuwają się do udzielenia mi jakiejkolwiek odpowiedzi, to jeszcze – i to dziwi mnie najbardziej – nie zależy im na udziale w akcji całkiem atrakcyjnej dla nich wizerunkowo.

Tym bardziej cieszą przykłady firm, dla których dołączenie do akcji i wywieszenie niewielkiego plakatu nie stanowi żadnego problemu. Krótko po starcie do akcji dołączyła sieć sklepów Decathlon Easy (Katowice, Zabrze, Chorzów, Rzeszów i Rybnik), Kukutu Cafe w Jeleniej Górze, Kwiaciarnie Butterfly w Zamościu oraz sieć sklepów U Kubusia w Lesznie, Rawiczu i Lubinie.

Media.

Zarówno portale internetowe, jak i media tradycyjne – prasa, radio, telewizja, bardzo szybko zainteresowały się tematem. Cieszy mnie to bardzo i na pewno nie poprzestanę na tym, co już się w mediach zadziało. A zadziało się sporo: Dzień Dobry TVN, Radio Elka, eDziecko, dzieci.pl, miastodzieci.pl i inne. Dodatkowo, portale miastodzieci.pl oraz dzieckowwarszwie.pl objęły akcję swoim Patronatem.

 Plany.

Tak jak pisałam – dziś wiem więcej niż jeszcze dwa miesiące temu a to pozwala mi stawiać sobie nowe, realne cele. W dalszym ciągu planuję angażować blogerów, którzy nie stronią od akcji społecznych, docierać do firm i instytucji i nieustannie zabiegać o zainteresowanie mediów. Nie jest tajemnicą, że nazwiska przyciągają uwagę i dlatego nie zrażam się dotychczasowym brakiem odzewu i w dalszym ciągu będę starała się akcją zainteresować osoby publiczne.

Podziękowania.

Chciałabym gorąco podziękować za poparcie i gratulacje. Za liczne słowa uznania oraz miłe komentarze, że swój wolny czas poświęcam na akcję społeczną i wstawiam się za przyszłymi mamami. Poza sytuacjami przykrymi, które Was spotkały, opisujecie też wiele pozytywnych. Wspominacie życzliwe, bezinteresowne osoby a przykłady, kiedy sami przepuściliście kobietę w ciąży w kolejce, bo przypomniała Wam się “Kolejkowa Rewolucja”, napawają mnie ogromną dumą i satysfakcją. Dzięki Wam cała akcja ma sens!

Ogromne podziękowania należą się blogerom, którzy zaangażowali się akcję i rozpropagowali ją wśród swoich czytelników. Ponadto, jestem bardzo wdzięczna Marcinowi Sawickiemu z TVN i Kamilowi Brzezińskiemu z metroblog.pl za pomoc i osobistą ingerencję, Jarkowi Adamkowi z Radia Elka oraz Patrykowi “Rojo” Rojewskiemu za poparcie dla akcji udzielone w jednym z vlogów. Wiem, że na swojej drodze spotkam jeszcze wiele wspaniałych, pomocnych osób i na to czekam z niecierpliwością.

Jeśli chcesz i Ty włączyć się do akcji, nieważne, czy jako bloger, czytelnik czy właściciel firmy, napisz do mnie na adres: kontakt@piwnooka.pl lub kontakt@kolejkowarewolucja.pl.

Kolejkowi rewolucjoniści, łączmy się!

(zdjęcie: dziennikzachodni.pl)

Previous Na śniadanie.
Next Zabawy w grupach.

Suggested Posts

“Pięćdziesiąt twarzy Greya” – kto jeszcze ma ochotę na klapsa?

Gdy ktoś mówi Ci, jakie imię wybrał dla swojego dziecka, pochwal albo siedź cicho!

Witamy w naszym domu … świątecznie!

Internet w cenie 208 kcal. Serio Orange?

Takiej dobroczynności chcę nauczyć moje dzieci.

I znów świętujemy urodziny … Po raz trzeci!