Zabawy w grupach.


Miniona sobota. Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Mieliśmy na jeden dzień pojechać w okolice Karpacza i poszaleć w śniegu: pozjeżdżać na sankach, ulepić bałwana i zjeść coś pysznego. Niestety mnie rozbolało gardło a do tego przyszła odwilż. Plany trzeba było zmienić a spędzenie soboty w domu nie wchodziło w grę. Przez ostatnie dwa dni Nina była płaczliwa, niecierpliwa i spała mniej niż zwykle. A zmęczona to już w ogóle była ciężka we współżyciu. Musieliśmy wyjść z domu, między ludzi. Porobić coś, co po pierwsze da nam odsapnąć a po drugie będzie dobrą zabawą dla wszystkich. Padło na Poznań i tamtejsze Termy Maltańskie. Chłopaki mieli pływać, ja z Niną miałyśmy ich podziwiać, zjeść obiad w znajdującej się tam restauracji i zrobić sobie przyjemny spacer.

No jak dobrze, że mniej więcej w okolicy Kórnika plany lekko zmodyfikowałam. Miałam nosa, bo okazało się, że basen to świetna sprawa, atrakcje i w ogóle, ale tłum straszny, zaczynając już od parkingu. Z tego, co mi przekazali moi panowie, siedzieć nie miałybyśmy za bardzo gdzie, bo wspomniana restauracja jest dostępna również dla kąpiących się. Jest więc strasznie ciepło. Spacer również przepadł, bo wiało i kropiło. Ostatecznie ja z Niną zostałyśmy odstawione do Galerii Malta na babskie buszowanie po sklepach. No gdzieś musiałyśmy się podziać! 😉

I tak całkiem niechcący wyszły nam bardzo przyjemne zajęcia w grupach, gdzie nikt nikogo do niczego nie zmuszał i wszyscy pod koniec dnia byli tak samo zmęczeni. A jeden do drugiego nie miał o to pretensji 😉 Od chłopaków wyciągnęłam jedynie tyle, że termy są super, statek piracki jest the best a cała impreza kosztowała 90 zł (parking, opcjonalna szatnia na odzież wierzchnią, pobyt ok. 2h – wg. cennika z najwyższymi stawkami w weekendy i święta). Z jednej strony to całkiem sporo jak na dorosłego z niespełna 4-letnim dzieckiem. Zwłaszcza, że dla Antka najbardziej liczy się woda i zabawy z tatą a te są równie ciekawe w skromniejszych miejscach. Z drugiej strony tak sporadyczny wydatek, jak i sporadyczne są nasze wizyty w Poznaniu, nie zrujnuje zaraz domowego budżetu. Byliśmy, widzieliśmy, być może powrócimy.

Zresztą w liczbach mój pobyt w galerii i tak był droższy 😉 Poza kompletnie bezcelowym łażeniem po sklepach i maksymalnym wykorzystaniem wolnego czasu, skorzystałam oczywiście też z poświątecznych promocji. Albo inaczej: nie oparłam się czarowi pomarańczowych naklejek na metkach i magii słowa “SALE”. No ale podsumuję to mądrymi słowami: zawsze mogłam wydać więcej … Najważniejsze, że dobrze wykorzystałam dane mi godziny. Z początku obawiałam się nastroju Niny, bo scenariusz z poprzednich dni mógł się powtórzyć. Najwyraźniej atmosfera galerii handlowej i jej się udzieliła, bo na przemian spała, jadła i z zaciekawieniem obserwowała otoczenie, leżąc spokojnie w wózku.

Zapomniałam już, jaki to luksus chodzić sobie po sklepach spacerowym tempem i z czystej ciekawości oglądać ubrania, biżuterię i choćby kompletnie niepraktyczne duperele. Kiedy nie ma się planu do wykonania a w tle nie czekają obowiązki i rodzina. Albo kiedy więcej energii trzeba poświęcić na zabawianie znudzonego kilkulatka, prosić o założenie wybranych butów i ubrań, porzucać przymierzalnie, na którą czekało się 15 minut i biegać z nim do toalety, po picie, znaleźć małą, niedrogą zabawkę i kupić nią sobie kilka chwil spokoju a przede wszystkim omijać sklepy z zabawkami, kiedy nie ma się czasu na negocjacje i sceny rozpaczy. W tym miejscu muszę uczciwie przyznać, że większość z tych rzeczy robi zwykle mój mąż. Najlepszy kompan do zakupów – cierpliwy, wyrozumiały a jak trzeba posiadający mocną (pozytywną) opinię na temat danego ciucha.

Tak więc tym razem było inaczej. Zajrzałam do sklepów, do których zwykle z braku czasu nawet się nie zbliżam. Odwiedziłam ulubione Kapp Ahl, Yves Rocher i H&M Home. Z Zary (Kids oczywiście ;)) uciekłam, bo już mnie kusiło a czekam na kilka rzeczy zamówionych online. Pierwszy raz byłam w Medicine everyday therapy i przekonałam się, że mają całkiem fajne ubrania a obecnie dobre promocje. W TK Maxx przypomniałam sobie, że nigdy nie umiem tam nic znaleźć a tłumy przy kasie zawsze mnie odstraszają. Poza tym, z każdego niemal sklepu wychodziłam zmęczona akrobacjami, jakie uprawiałam wózkiem. Najczęściej musiałam jeździć do wyjścia dookoła, bo między wieszakami się nie dało! A czasami więcej uwagi musiałam poświęcić wózkowi niż artykułom na półkach. Jeden nieprzemyślany ruch i mogłoby się zrobić kosztownie …

Odkładając problemy pierwszego świata na bok … Mimo wysiłków sprawiłam sobie drobne przyjemności i oczywiście jak każda mama pomyślałam o wszystkich. A na koniec garść sobotnich “łupów”.

PicMonkey Collage1. Żele pod prysznic z limitowanej, zimowej edycji. Gruszka w karmelu i pomarańcza w czekoladzie. Pachną obłędnie.

2. Koszula i swetry, z czego jeden za 20 zł z Medicine everyday therapy. Koszulki dla Antka i spodnie dresowe dla Niny z Kapp Ahl, ze zniżką 50%.

3. Falbany dla Niny z Kapp Ahl. Nie wiem do końca, co sobie myślałam przy tym zakupie ale na pewno zaczęłam w sklepie panikować, bo jeszcze nie mamy nic na zbliżający się Chrzest. Może wykorzystamy na tę okazję a może nie. Nie zmienia to faktu, że sukienka ma coś w sobie a kolor brudnego różu jest prześliczny.

(zdjęcie: flickr.com)

Previous Kolejkowa rewolucja - wieści z frontu.
Next Na śniadanie.

Suggested Posts

Szybkie śniadania na zabiegane poranki!

Wyjątkowe warsztaty i okazja, by zostać podwójnym Św. Mikołajem!

Gdy ktoś mówi Ci, jakie imię wybrał dla swojego dziecka, pochwal albo siedź cicho!

Zabawa w pytania …

Instrukcja obsługi noworodka.

Zabawa, którą pokochają dzieciaki! Przekonaj się, dlaczego.