Żłobek? Bardzo chętnie :)


Dla wielu z nas hasło “żłobek” budzi niepokojące skojarzenia. To zupełnie zrozumiałe, zwłaszcza w obliczu nie tak dawnych afer w placówkach tego typu. Do tego dochodzą nasze wyobrażenia, być może wspomnienia z odleglejszych czasów oraz nadal smutna niekiedy rzeczywistość: duże żłobki – przechowalnie, pozbawione domowego ciepła i miłości. Taką opinię miałam przynajmniej ja, jeszcze 3 lata temu. W ciągu ostatnich 2 lat nie tylko się ona diametralnie zmieniła. Spowodowała również, że w przypadku naszego drugiego dziecka, żłobek nie będzie już tylko koniecznością a świadomym wyborem. I o tym właśnie dzisiaj.

Aby zobrazować niespodziewane i nieplanowane zakręty losu, cofnę się 2,5 roku wstecz. Wtedy to dwie mamy spacerowały ze swoimi pociechami – rówieśnikami w parku i rozmawiały o przyszłości, kiedy to będą musiały wrócić do pracy. Brzdąc pierwszy miał zostać oddany pod opiekę cioci, brzdąc drugi miał iść do żłobka. Po kilku miesiącach okazało się, że brzdąc pierwszy trafił do żłobka, brzdąc drugi został w domu z opiekunką. Zapewne nietrudno się domyślić, że brzdącem pierwszym był Antoś. A mamą, która nauczyła się, aby nigdy nie mówić “nigdy”, byłam ja 🙂


Rzeczywiście mieliśmy już wszystko z ciocią ustalone: miała opiekować się Antkiem w moich godzinach pracy (kilka w ciągu dnia), codzienna opieka 7-8 godzinna nie wchodziła w grę. Wtedy znaczenie miało dla nas to, że Antek nie pójdzie w obce ręce. Z czasem zaczęliśmy sobie jednak uświadamiać, że na dłuższą metę, bieganie zaraz po pracy do cioci, odbieranie Antka o różnych porach, może zacząć być uciążliwe. Dla nas, bo jednak stała opieka zapewnia czas na załatwienie innych spraw poza pracą. Dla Antka, ponieważ nie miałby typowego porządku dnia, do którego mógłby się przyzwyczaić. Nieśmiale zaczęliśmy rozglądać się za żłobkiem. Chcieliśmy też, aby Antek jako jedynak, miał kontakt z innymi dziećmi i rozwijał się w grupie rówieśników. Ostatecznie padło na małą, prywatną placówkę, prowadzoną przez byłą opiekunkę żłobkową z 30-letnim stażem. Jak się okazało ciepłą, łagodną, wyrozumiałą, ale też stanowczą panią. Przekonał nas również sam żłobek, o typowo domowym wystroju, z małą kuchnią i oddzielnym pokojem z łóżeczkami na drzemki dla maluchów. 

Miejsce nam się spodobało, opiekunki też. W końcu przyszła pora na powrót do pracy i oddanie Antka pod opiekę, w zupełnie obce dla niego otoczenie. Nie będę ukrywać, że pierwsze dni były bardzo smutne dla nas wszystkich. Antek płakał i kurczowo trzymał się mnie podczas pożegnania. Nie miałam wyjścia, musiałam niemal siłą oddawać go opiekunce i uciekać do samochodu, żeby nie słyszeć tego krzyku. Bardzo pomogła mi opiekunka, która niejedno widziała i przekonywała, że ten etap szybko minie, a my jako rodzice musimy być silni i stanowczy. Rozumiałam też, że każde rozstanie byłoby równie przykre, nieważne od miejsca. 

Pierwszy rok był trudny również zdrowotnie. To, co wiele dzieci przechodzi w pierwszym roku przedszkola, Antek zaliczył właśnie jako roczny maluch. Przeziębienia, zapalenia, katar i kaszel nie dawały spokoju a do tego jeszcze ząbkowanie. Posłużę się raz jeszcze przykładem brzdąca drugiego, który to właśnie z powodu chorób i braku odporności musiał zrezygnować ze żłobka. Nam się udało i przetrwaliśmy tę próbę.

Z czasem rzeczywiście wszyscy się przyzwyczailiśmy, najtrudniejszy okres minął. W przeciwieństwie do wyrzutów sumienia, że trzeba dzień w dzień zostawić dziecko na pół dnia i tyle przegapić z jego życia. To zapewne rozterki każdej pracującej mamy. Antek nie należy też do tego typu dzieci, które przekraczając próg żłobka, zapominają ucałować rodziców i pędzą do dzieci i zabawek. My mamy lepsze i gorsze dni. Czasami widzimy radość synka na widok koleżanek i kolegów, ostatnio nawet sam w drzwiach powiedział, że lubi żłobek. Ale są też dni, kiedy pożegnanie się przeciąga i rozstajemy się z płaczem. 

Bardzo pocieszające i uspokajające są na szczęście momenty, kiedy odbieramy synka ze żłobka. Nie raz widzimy, jak czymś się bawi w skupieniu, jak śpiewa, tańczy albo goni kolegów. I wtedy jesteśmy pewni, że po tych 2 latach ma tam swój świat i przez kilka godzin bez nas też potrafi być szczęśliwy. Pocieszające jest również to, że opiekunki są bardzo czułe i wyrozumiałe. Doskonale znają Antka i wiedzą na przykład, że rano lubi sobie posiedzieć na ławeczce i poprzytulać się do cioci. Albo, że w zupie nie lubi “listków”, a surówkę zawsze oddaje koledze. 

Często rodzicom nie podoba się fakt, że w żłobku panują pewne zasady wychowania, do których muszą się dostosować. Osoba tak doświadczona jak nasza opiekunka, potrafi być w tej kwestii bardzo autorytarna, dla wielu rodziców może to być problem. Bo oto nie my wyłącznie decydujemy, kiedy żegnamy się z butelką, pieluchą i jedzeniem rączkami. Owszem, kto będzie chciał, ten zawsze może postawić na swoim, ale takie sytuacje będą niewątpliwie stresujące dla obu stron. Dla nas metody wychowawcze i wpajane zasady okazały się bardzo pomocne. Nie musieliśmy na przykład szukać odpowiedzi na pytanie: “W jakim wieku zacząć dyscyplinować dziecko?”, bo decyzję (zresztą trafną wiekowo) podjęła za nas opiekunka a my solidarnie egzekwowaliśmy od Antka przestrzegania poznanych zasad (bo te obowiązywały również w domu). Poza tym, zawsze otrzymywaliśmy od niej wskazówki w kwestiach wychowawczych, nie wspominając dokładnych opisów osobowości synka i jego umiejętności.  

I tak oto przeleciały jak błyskawica 2 lata, podczas których Antek zmienił się z nieśmiałego, strachliwego maluszka, w rezolutnego 3-latka, który prócz nowych umiejętności, zyskał też grono kolegów i koleżanek. Kiedy go teraz odbieramy, nie rzuca wszystkiego i nie biegnie do nas, a szczęśliwy pokazuje, jak bawi się z kolegą w “walki”. Mogłabym podać wiele przykładów, które według mnie dowodzą, że żłobek jest miejscem bardzo wartościowym dla malucha, jeśli nie bardziej wartościowym, niż choćby najukochańsza opiekunka – babcia czy ciocia. Nie odejmując oczywiście miłości, doświadczenia i opiekuńczości odpowiedniej opiekunce, jestem przekonana, że dokładnie to samo, jeśli nie więcej może zaoferować żłobek. Owszem, dziecko nie ma wówczas cioci wyłącznie dla siebie, co swoją drogą również zaliczam na plus. Jednak, prócz miłości i czułości, zyskuje wykwalifikowaną i doświadczoną opiekę, która nie tylko zadba o bezpieczeństwo i rozrywkę podopiecznych. W odpowiedni sposób wesprze również ich rozwój, poprzez dobrze dobrane zabawy edukacyjne i różnorodne formy aktywności. Z drugiej strony wiem też, że trafiliśmy do świetnego miejsca. Niestety, nie każdy ma takie szczęście.

Czasami trudno mi uwierzyć, że nadszedł czas, aby nas 3-latek zrobił kolejny krok i poszedł do przedszkola. Na rozmyślanie o tym, jak przełomowy wrzesień nam się szykuje (bo też narodziny Niny), mam jeszcze kilka miesięcy. Tak jak Antoś ma jeszcze czas, by do woli szaleć ze swoją ekipą starszaków, aż ich drogi się rozejdą. 

Dzisiaj świętowaliśmy uroczyste zakończenie żłobka, połączone z Dniem Mamy i Taty i Dziecka. Urokliwe miejsce, masa atrakcji: policja, straż pożarna, kucyk, ognisko, pieczenie ciasteczek, dmuchany tor przeszkód … Dzieciaki szczęśliwe i upocone, do rodziców podbiegały tylko po to, by się napić i skubnąć ciasta albo kiełbaski. Nie wiem, jak Antkowi ale mi bardzo będzie brakowało tego miejsca i tych opiekunek. Przynajmniej do momentu, aż nie zaprowadzimy tam Niny. Bo taki jest plan 🙂


Previous Antkowe myśli zebrane. Część II.
Next Owocowe rewolucje!

Suggested Posts

Hurraaa! Odzyskałam swoje włosy!

Na śniadanie.

Z myślą o mamach karmiących piersią.

Szneczki z powidłami i magicznym składnikiem.

Alfabet rodzicielstwa, czyli B jak …

Matka Natura śpi blisko dziecka.