Dzień, którego nigdy nie zapomnę.


Miniony wtorek Nina miała spędzić kilka godzin u Dziadków a ja z Antkiem mieliśmy wykorzystać ten czas na zabawy tylko we dwoje. Po części plan się udał, choć mała wybitnie nie była w formie i wróciła do domu wcześniej. Brak apetytu, niechęć do ssania, rozdrażnienie i lekki stan podgorączkowy. Powód był dla nas oczywisty – zęby. Choć innych objawów nie było – żadnego kataru, kaszlu czy biegunki – umówiliśmy się na wizytę do lekarza.

Jak się szybko okazało, nie mieliśmy do niego w ogóle dojechać … Z czasem temperatura wzrosła, więc zaczęliśmy zbijać lekami i Nina na moment odzyskała siły. A potem znów oklapła i usnęła na mnie. Gdy się zbudziła, tuliła się, obserwując Antka. W pewnym momencie jej głowa opadła i cała zaczęła mi się przelewać przez ręce. Zobaczyłam wywrócone oczy i sine usta, krzyknęłam do M. żeby dzwonił po karetkę i w pierwszym odruchu wyleciałam z domu, do sąsiadki obok. Na tym etapie nie łączyłam tego w ogóle z gorączką, a patrząc na Ninę, wiedziałam że jest źle. Kiedy sąsiadka krzyknęła, że mała nie oddycha i zaczęła sztuczne oddychanie, krew uderzyła mi do głowy. Przytomności starczyło mi na masaż serca. W tym momencie widziałam tylko jeden czarny scenariusz.

Po kilku sekundach Nina się ocknęła i zauważalnie odzyskała władzę nad ciałem. Była blada, wystraszona i płakała. Sąsiadka posłała mnie po mokry ręcznik – wtedy już wiedzieliśmy, że to prawdopodobnie drgawki gorączkowe. W oczekiwaniu na karetkę (swoją drogą gdzieś w terenie, dyspozytorka dawała instrukcje przez telefon) włożyliśmy Ninę do letniej wody.

Podczas pierwszego badania (jeszcze w domu) lekarka stwierdziła 40 stopni gorączki, podała czopek i wzięli nas do szpitala. Na miejscu temperatura była nadal wysoka, więc jeszcze paracetamol doustnie, rutynowe badania i szpitalna sala, w której spędziliśmy 5 dni.

Trafiliśmy na dyżur bardzo konkretnej i kontaktowej lekarki – naszej rówieśniczki. Potwierdziła jedną z form drgawek – o tyle cięższą, że z utratą przytomności. Jeszcze tego samego dnia wieczorem, mając już pierwsze wyniki badań, powiadomiła nas o kierunku diagnozy: zakażenie układu moczowego. Natychmiast podano antybiotyk, który okazał się bardzo skuteczny, bo następnego dnia po gorączce nie było śladu. Na ostateczne potwierdzenie (czyli posiew moczu) musieliśmy czekać 48 godzin. Dodatkowo, lekarka zleciła jeszcze USG brzucha i przezciemiączkowe USG głowy. I jeszcze skierowanie do neurologa dziecięcego na badanie kontrolne.

Szpitalna rzeczywistość.

Wiem, że nie będę oryginalna, ale muszę to napisać: nienawidzę szpitali. Nie chodzi wcale o jedzenie (wcale nie najgorsze), ani o warunki, w jakich przyszło mi spać (bo w sumie spałam luksusowo, na materacu), ani nawet o personel. Lekarze i pielęgniarki byli świetni – wszelkie zabiegi i badania robili z uśmiechem, cierpliwie i delikatnie. Nawet salowe były po naszej stronie – większość z nich ma swoje wnuki i chętnie o nich opowiadała.

Pomimo tego wszystkiego, pomimo kolorowych rysunków na ścianach, szpital to dołujące miejsce – zwłaszcza gdy słychać płacz dzieci, czuć ich strach i widać troskę rodziców, siedzących przy łóżkach swoich pociech. Z całego serca podziwiam tych, którzy spędzają w szpitalach długie tygodnie i ze strachem czekają na wyniki kolejnych badań. Moje serce było rozdarte między Niną w szpitalnym łóżeczku a Antkiem u Dziadków a przecież byłyśmy tam tylko kilka dni, z domem pod nosem. Mogłam wyskoczyć, zobaczyć się z Antkiem, przebrać i wykąpać się we własnej łazience. Nie wiem, jak robią to rodzice oddaleni od domu o setki kilometrów, tęskniący do swoich pozostałych dzieci. A robią to – każdy z nas mógłby podać choć jeden taki przykład.

Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie mobilizacja całej rodziny. M. spędzał z nami większość czasu, odsuwając swoje sprawy na bok a nasze mamy siedziały z Niną, kiedy chcieliśmy coś zjeść.

Czas w szpitalnej sali, choć na szczęście pustej, płynął bardzo powoli. Nina chwilami zajmowała się zabawą, zwłaszcza doskonaleniem stawania, ale generalnie trzeba ją było czymś zająć. Spacery po korytarzu, że już nie wspomnę o raczkowaniu po podłodze nie wchodziły w grę. I do tego ten upał … Żal mi było nie tylko dzieciaków, ale też wszystkich innych pacjentów, przykutych do łóżek w tych tropikalnych warunkach. Na szczęście personel nie robił problemów i zezwalał na wiatraki.

***

Co zrobiliśmy źle? Czy mogliśmy temu zapobiec? – te pytania zadawaliśmy sobie i lekarzom. Nie mogliśmy wiedzieć, że Ninę dopadło zakażenie układu moczowego, bo poza tym jednym dniem gorączkowania, nie było żadnych innych niepokojących objawów. Do tego upał a więc dobry powód gorszej kondycji. Że już nie wspomnę o tym, że dbamy o higienę u dzieciaków, pieluchy zmieniamy często, nie kąpaliśmy też Niny w jeziorze. Według lekarki prowadzącej, wspólna kąpiel rodzeństwa nie stanowi zagrożenia (oczywiście przy zachowaniu odpowiedniej higieny). Okolice cewki moczowej też nie są nigdy jałowe a jednak dzieciaki (a zwłaszcza dziewczynki) aż tak często nie chorują na ZUM. To, że nagle organizm nie obronił się przed bakteriami, może wynikać np. z chwilowego spadku odporności (w tym kontekście tzw. “wilk”, czyli wychłodzenie pupy nie jest wcale taką bujdą). A drgawki? Monitorowanie i zbijanie temperatury jest ważne, ale nie gwarantuje to gwałtownego skoku temperatury i tej dramatycznej reakcji organizmu. Każde dziecko do około 5 roku życia może dostać drgawek gorączkowych. Czy to znaczy, że Nina ma do nich tendencję? Możliwe, choć taki incydent równie dobrze może się już nigdy nie powtórzyć. Ważne jest, aby następnym razem nie panikować, podać środek na uspokojenie drgawek (przepisano tam taki w szpitalu), odpowiednio schładzać organizm (włożyć dziecko do wody w temperaturze ciała i delikatnie dolewać chłodniejszej wody a zimne kompresy przykładać na kark, w pachwiny – schładzanie czoła może być zupełnie nieskutecznie) i wezwać pogotowie.

Na koniec gorąco polecam ważne teksty – obowiązkowa lektura dla każdego rodzica:

Gorączka u dzieci – praktyczne rady.

Jak zmierzyć temperaturę dziecku?

Gorączka i inne objawy, które błędnie przypisujemy ząbkowaniu.

Zdjęcie: flickr.com (Palmer House Photography)

Previous O tym, jak rodzi się więź.
Next Antkowe myśli zebrane część 8.

Suggested Posts

3 zasady dobrego rodzicielstwa.

Wiosna na paznokciach, czyli 40 propozycji na piękny manicure.

Czwarty miesiąc Niny i mini sesja.

Świętujemy rocznicę ślubu … kulinarnie!

“Bliźniaki?! Nie ma szaaaans …” – Czy aby na pewno?

Marzysz o własnym biznesie? Mam kilka rad dla Ciebie.