Jak w 42 sekundy zostać najgorszym tatą na świecie?


Piątek, piątunio, piąteczek. Od rana jakoś tak weselej, wszak już czujemy oddech weekendu na karku. Jeszcze tylko kilka godzin, nasza druga połowa w końcu wróci z pracy i hejaaaaa. Całe dwa dni z towarzyszem broni. Rodzinne śniadanka, szybkie sprzątanko, wycieczka, mooooże obiad na mieście. Na samą myśl nucimy radosną melodię a zupę mieszamy kręcąc zalotnie bioderkiem. Aż tu nagle …. łubudubu! Facebook pokazuje nam film, na który nie możemy pozostać obojętne. Na komentarze pod filmem tym bardziej. Zanim zacznie się weekend, musimy jednak stoczyć jeszcze jedną bitwę.

O co chodzi? W gruncie rzeczy o pierdołę. Pan w garniturze nadaje na żywo w stacji BBC i wypowiada się na jakiś ważny temat, dotyczący impeachmentu i zamieszek w Korei Południowej. Nadaje z sypialni swojego domu, o czym świadczy chociażby łóżko i wystrój pokoju. Produkuje się z poważną miną, aż tu nagle otwierają się drzwi i … sami zobaczcie!

Filmik wydał mi się po prostu zabawny i strasznie prawdziwy. Ot kwintesencja rodzicielstwa, bo czyż sami nie doświadczyliśmy choć raz sytuacji, kiedy prowadzimy poważną rozmowę telefoniczną a w tle dzieciaki informują całą dzielnicę, że właśnie zrobiły kupę? W swojej naiwności sądziłam, że tym właśnie pozostanie – śmieszkowatym przecinkiem w newsfeedzie, ale nie! Znów nie doceniłam polskich internautów. Bo oto wielu z nich dopatrzyło się w scence jasnego obrazu smutnej rodziny – surowego, dominującego ojca i skulonej, wystraszonej matki.

42 sekundy, dwie miny i jeden gest wystarczyły do przeprowadzenia analizy rodziny. Facet jest kiepskim ojcem, bo nawet nie odwrócił wzroku od monitora (pewnie dlatego, że w nim widział to, co dzieje się za jego plecami). Stanowczym gestem powstrzymał dziecko i zamiast się uśmiechnąć, obrócić sytuację w żart, wziąć dziecko na kolana, kilka razy przepraszał, jakby potwornie wstydził się swojej rodziny.

Nagle wszyscy krytykujący zapomnieli, że czasami ciężko wznieść się poza stres i skupienie, zwłaszcza gdy czasami w zachowaniu dzieciaków naprawdę nie ma nic śmiesznego. Owszem, dzieci nie są tu niczemu winne. Starszak był ciekawy, dlaczego tata zamknął się w pokoju i skorzystał z okazji. Maluch też wykorzystał fakt, że siedział w chodziku (sic!), więc podreptał w tym samym kierunku. Zatem o co się ten facet tak spinał? I dlaczego ta biedna kobieta (żona głównego bohatera, przez wielu nazywana opiekunką) wpadła do pokoju skulona, jakby była doskonale przeświadczona o tym, że za moment dostanie burę?

To proste. Mogę się założyć, że przed programem prowadzili taką oto dyskusję:

On: Pojadę do biura/hotelu/mamy i tam spokojnie odpowiem na kilka pytań prowadzącego.

Ona: Nie, nie. Zostań w domu. Ja przypilnuje dzieciaki, żeby nie przeszkadzały.

On: Jesteś pewna? Mogę sobie czegoś poszukać.

Ona: Spokojnie, zajmę się tym.

No i został facet w domu, w końcu to jedynie kilkuminutowa rozmowa. Ona miała wszystko pod kontrolą, aż postanowiła coś na siebie włożyć. Kilka sekund w trakcie zakładania spodni wystarczyło, żeby dzieciaki czmychnęły do taty. I co zrobiła? Wparowała do sypialni, chociaż z tego wszystkiego nie zdążyła wciągnąć spodni na tyłek. I dlatego była taka skulona! Dlatego nie chciała rzucać się w oczy a jedynie dyskretnie przegonić dzieci z pokoju. I wreszcie: Dlatego on był zmieszany, może nawet wkurzony! Bo rozmawiali o tym wcześniej i został w domu mając pewność, że ona będzie miała dzieciaki na oku. Może powstrzymał dziecko ręką, bo ono zwykle dobiera się do klawiatury, chcąc “popracować” jak tata? Albo ze względów bezpieczeństwa nie chciał, by było na wizji? Miało być spokojnie, ale trochę nie wyszło. Jak to w życiu.

Czy ta spontaniczna reakcja mówi cokolwiek o tym, jakim jest tatą i mężem? Nie. Robert Kelly – bo tak nazywa się nasz bohater – jako docent uniwersytetu wszedł w rolę eksperta. Być może ciężko to sobie wyobrazić, ale nie każdy chce i umie łączyć światy, w których funkcjonuje. Nie każdy chce pokazywać swoje dzieci na wizji. I nie każdy potrafi spontanicznie odnaleźć się w nowej sytuacji. Ciężko nawet oczekiwać jakiegokolwiek obycia od kogoś, kto raczej nie jest osobą publiczną.

Naprawdę nie rozumiem tego mechanizmu. Cały czas trąbimy w internecie, żeby nie osądzać ludzi pochopnie a jednak nadal to robimy. Nie znając ani rodziny, ani zdarzenia. Nie potrafimy wczuć się w czyjąś sytuację. Nawet jeśli wiemy, że dzieciaki bywają szalone, nieprzewidywalne i zazwyczaj robią rzeczy na odwrót. Kiedy ja potrzebuje chwili na skupienie, bo zamierzam odbyć ważną rozmowę telefoniczną, to nie biorę Niny na kolana. A kiedy M. oferuje pomoc w przypilnowaniu dzieciaków i coś idzie nie tak, jestem zwyczajnie zła. Bo przecież po to ustalaliśmy coś przed, żeby mieć kilka minut na komfortową rozmowę/prysznic/cokolwiek.

Dlatego apeluję o więcej dystansu i wyrozumiałości. Nikt nie chce (a przynajmniej nie powinien) być oceniany na podstawie minutowego wycinka z życia. I nie dostrzegajmy minusów tam, gdzie ich zwyczajnie nie ma. I na koniec: Tak, dzieci czasami podnoszą nam ciśnienie a idealni rodzice żyją tylko w bajkach.

(zdjęcie: newyorker.com)

Previous Jest jeszcze coś, co powinnaś robić regularnie.
Next Nasze zimowe HITY!

Suggested Posts

Cześć 2016!

Historia pewnej wpadki.

Rodzinne wakacje na Majorce – miejscowość, plaża i hotel na medal!

Okiem doktora i żegnaj II trymestrze!

Siódmy miesiąc Niny i wkraczamy w nową erę.

Zakupy dla Niny i Antka, czyli nareszcie mamy wszystko!