Są takie dni …


Im dłużej czytam blogi, a zwłaszcza odkąd prowadzę swój, coraz dobitniej uważam, że każdy powinien mieć zakładkę “ZAPOZNAJ SIĘ PRZED CZYTANIEM!”. Taką konkretną instrukcję dla każdego czytelnika, czasami jako przypomnienie dla samego autora i trzy, proste zasady:

1. Blog to albo totalna kreacja albo ledwie ułamek rzeczywistości. Nieważne, czy z tekstów kipi perfekcjonizm, ironia albo marudzenie – w rzeczywistości nie jest ani tak pięknie, ani tak strasznie.

2. Mamy z nienagannym makijażem, figurą nastolatki i rozmazanym tłem na zdjęciach też mają syf w szufladach, zaległości na liście “Do zrobienia” i cellulit. Po prostu tego nie pokazują i jak każda z nas, muszą iść na kompromisy.  A te, które pokazują to z kolei udają, że nie zazdroszczą i gardzą tym całym wymuskanym światem.

3. Bloger to tak naprawdę nikt wyjątkowy. Na pewno nie bardziej niż Ty. Jest za to doskonałym przykładem kogoś, kto cały swój wolny czas przeznacza na pasję. Jeśli za coś go podziwiasz, to znaczy, że nie jest to zmarnowany czas.

***

Mój blog całkiem dobrze wpasowuje się w te trzy zasady. Nie jest ani kłamstwem o wyidealizowanym macierzyństwie, ani jego karykaturą.  Piszę szczerze, bez ubarwiania i demonizowania na pokaz, ale z drugiej strony szkoda mi czasu na negatywne emocje i marudzenie. Być może dlatego czasami odnosicie błędne wrażenie, że ja to wszystko tak brawurowo ogarniam: dom, mąż, dwójka dzieci, blog … Trochę tak głupio wyprowadzać Was z błędu, ale prawda jest taka, że bardzo często po prostu NIE OGARNIAM. Bo u mnie w życiu, jak u każdej z Was, bywają czasami takie dni kiedy …

… jestem rozkojarzona, nerwowa, nie potrafię podjąć żadnej decyzji a wymyślenie dania na obiad to mój życiowy dramat.

… muszę wybierać, czy podczas drzemki Niny też odpocznę, dokończę wpis, sprzątnę kuchnie po śniadaniu, wypiję drugą kawę (drugą … rozpusta!), włączę pranie i złożę to wyschnięte czy przygotuję się na spacer. Zazwyczaj kończy się na przeglądaniu Facebooka, bo to akurat ten dzień, kiedy mała budzi się po 30 minutach.

… krzywa kanapka, nie ten kubek albo fakt, że pierwsza a nie druga zeszłam po schodach urasta do życiowych problemów Antka. A ja jestem odgromnikiem.

… już przed wyjściem na spacer jestem spocona i wymęczona, bo poza kilkukrotnym przypominaniem o założeniu butów, o skorzystaniu z toalety i zabraniu wody, muszę pamiętać o torbie do wózka (i uzupełnieniu w niej pieluch), o smoczku, o lekkim kocyku i kilkunastu innych niezbędnych rzeczach! A potem i tak cofam się trzy razy, z daleka uspokajając zniecierpliwioną Ninę.

… co chwilę spoglądam na zegarek i wyczekuję powrotu M. z pracy. Ulga, kiedy słyszę dźwięk otwieranych drzwi jest nie do opisania!

… jedyne o czym myślę, to komu mogę sprzedać dzieciaki na godzinę czy dwie.

… więcej spraw mnie frustruje niż cieszy, widzę swoje wady i błędy. I omijam lustra …

… ciepły obiad na czeka na M., bo a) nie miałam jak zrobić zakupów b) ile razy można jeść makaron?! czy c) do kuchni nie było mi drodze.

… nie załatwiam nic z zaplanowanych spraw i z wyrzutami sumienia odkładam je na kolejne dni.

… fukam na Antka z powodu pierdoły albo złoszczę się na Ninę, że akurat tego dnia godzinę zajmuje jej zaśnięcie na drzemkę.

… mam wrażenie, że nic innego nie robię, tylko krążę po domu i odkładam rzeczy na ich miejsce.

… wstaję z mocnym postanowieniem pilnowania diety a łamię je już podczas śniadania!

Mogłabym tak wymieniać bez końca, jak pewnie każda z nas. Ja już nie wierzę w mamy idealne i wiem, że jedyne co nas różni, to wybieranie priorytetów i umiejętność odpuszczania. Zwłaszcza sobie. To jest tak naprawdę klucz do sukcesu albo do przeżycia – jak kto woli 😉

Previous O tym, jak rodzinę spakowałam i nie zwariowałam.
Next W te wakacje nie ma laby!

Suggested Posts

Lista życzeń piwnookiej

Na śniadanie.

Na śniadanie.

Nie róbcie tego deseru, gdy spodziewacie się gości. Zeżrą wszystko!

Life hacks, dzięki którym życie rodzica staje się prostsze.

Zgubiliśmy kiedyś Antka. Szkoda, że nie mieliśmy Kiddo!