Ciąże dwie.


Rozpoczęłam dzisiaj 40. tydzień ciąży* i choć nie zwykłam narzekać na moje samopoczucie – już bardzo chciałabym urodzić. Na pewno dlatego, że chcę już wiedzieć, że Nina jest zdrowa. Żeby poród mieć za a nie przed sobą i w nie mniejszym stopniu dlatego, że zmęczona jestem dusznościami, mdłościami, zgagą, bólem podczas zakładania butów (tej jednej pary, w którą się mieszczę) i nocnymi spacerami na trasie sypialnia-łazienka. Mam już dość ograniczeń, które powstrzymują mnie przed robieniem wielu rzeczy. Tak samo jak wieczne wymyślanie spraw do załatwienia “przed Niną”, co owszem życie ułatwi później ale bardzo nakręca nas teraz, np. wymiana wadliwego okna, upranie pół domu, telefon do położnej, rachunki, zapasy na pierwsze dni we czwórkę … A i tak ciągle wpada coś nieoczekiwanego: awaria wyświetlacza piekarnika, lub dzisiejsze zwalenie się na mnie karnisza w sypialni. Więc niech już będzie po porodzie, kiedy wszystko powoli wróci do normy. Łącznie z moim ciałem.

No. Pomarudziłam sobie troszkę, to mogę przejść do rzeczy 🙂 Tak, jak moją pierwszą ciążę, wypadałoby podsumować również drugą. I skorzystać z faktu, że mogę obie do siebie porównać. A to tak w ramach ciekawostki, bo jak wiadomo – każda ciąża jest lub może być inna. W każdym razie, tego wpisu nie chcę już dłużej przekładać, bo czuję, że godzina “0” może wybić w każdej chwili.

W moim przypadku, druga ciąża bardzo przypominała tę pierwszą. Poza częstymi i mniej lub bardziej dokuczliwymi dolegliwościami, czułam się całkiem dobrze. Choć oczywiście 9-miesięczne, prawie codzienne mdłości (w tym wymioty) dały mi tym razem w kość. Oprócz umiarkowanego oszczędzania się, nie musiałam leżeć, przyjmować żadnych leków ani jakoś częściej niż standardowo monitorować stanu zdrowia swojego i Niny. Miałam swoje zachcianki,  wszystko leciało mi z rąk oraz bywałam upierdliwa, marudna i zapominalska – czyli norma 🙂 Bardzo podobnie przybrałam na wadze, brzuch wyglądał niemal identycznie.

Niemniej, tak jak prawdą jest, że fizycznie obie moje ciąże były niemal identyczne, to równie trafne będzie określenie, że bardzo się od siebie różniły – w każdym innym możliwym aspekcie. Nie mogę powiedzieć, że po pierwszym razie byłam już na tyle harda i wszystkowiedząca, że drugą ciążę przeżyłam jak niegdyś to matki robiły – na polu, z zakasaną spódnicą i małym berbeciem pod pachą. Jednak chcąc nie chcąc, za drugim razem już coś się wie, więc nie wertuje się poradnika od deski do deski. Nie spędza się godzin na rozmyślaniu, jak to będzie podczas porodu, połogu a jak wyglądać będzie życie z nowym członkiem rodziny. Również dlatego, że nie ma na to czasu! 😉 Człowiek nie rozczula się tak nad sobą, nie skupia całej swojej uwagi na brzuchu i nie uznaje każdego ukłucia w podbrzuszu jako niepokojącego sygnału, który wcześniej kazałby skierować się do najbliższego szpitala. Czasami miałam wrażenie, że jestem zbyt beztroska, bo pozwalałam sobie na rzeczy, które absolutnie odrzuciłam za pierwszym razem: filiżanka popołudniowej kawy, tu słodkie i gazowane, tam rybka czy serek pleśniowy (który nota bene jeśli wyprodukowany z mleka pasteryzowanego, jest ponoć całkiem bezpieczny).  Byłam też odważniejsza, bo ciągnęło mnie do wyjazdów, również zagranicznych. Częściej dźwignęłam coś sama, bo szkoda mi było czas na poproszenie o pomoc męża. Czasami trzeba było podnieść Antka, przeczekać napad złości “zbuntowanego anioła” czy zapakować wózek do samochodu. No życie 🙂

Choć udawało mi się doceniać swój stan i cieszyć się rosnącym brzuszkiem, to za drugim razem do ciąży podeszłam bardziej zadaniowo. Jako stan przejściowy do zaliczenia, który oczywiście zmienia sporo, ale obok którego toczy się zwyczajne życie. Bo mimo wieczornych mdłości trzeba synkowi przeczytać bajkę, mimo zmęczenia trzeba zerwać się z kanapy i zrobić to pranie czy mimo gabarytów wcisnąć się za kierownicę i odebrać Antka ze żłobka. Żłobek! Tu przyznać muszę, że ratował mi życie wielokrotnie, bo te kilka samotnych godzin w domu było na wagę złota.

Tak więc, jeśli nie mój stan, to z pewnością moje podejście było za drugim razem zupełnie inne. Nawet to podsumowanie nie przypomina pierwszego, tworzonego z aptekarską dokładnością. Dziennik ciąży ma poważne braki a fotki brzucha nadal czekają na zrobienie (nie licząc tych kilku selfie na Instagramie). Jutro!

Nawet poród, a przynajmniej jego cześć organizacyjna, będzie zupełnie inny. Na znak sygnał nie możemy po prostu zabrać torby i zamknąć za sobą drzwi. Kwestia Antka – choć logistycznie i w teorii obcykana – trochę nas niepokoi. Jeśli będzie trzeba zerwać się w nocy, to konieczny będzie telefon do rodziny i zapewnienie opieki synkowi. Jeśli ruszymy do szpitala w dzień, nie będzie kiedy go przygotować, że dziś ktoś inny go odbierze a noc spędzi w nie swoim łóżku. Mam dobre przeczucie i myślę, że wszystko się ułoży, ale są to sprawy nie mniej istotne od samej ciąży, a których za pierwszym razem nie było.

Ostatecznie zawsze przypominam sobie myśl, która i poprzednim razem podnosiła mnie na duchu: Mimo gruntownego przygotowania i godzin spędzonych na planowaniu, gdy przyjdzie czas pójdziemy po prostu na żywioł. Będziemy wiedzieli co robić i ze wszystkim damy radę. Tyczy się to również pokonania tych 40 km do szpitala. I mam wielką nadzieję, że już niebawem będę mogła opisać, jak to wyszło w praniu 😉

*O tym czasie Antek był już z nami.

(zdjęcie: ebay.com)

Previous Zamach na oddziale.
Next 13 paragrafów w zakręconym kodeksie rodzicielstwa.

Suggested Posts

Hello Monday!

“Mamo, Tato – więcej wiary!”

“Seks w wielkim mieście” i związki.

Dla dzieciaków.

Zakupy dla Niny – odsłona pierwsza.

Pokaż mi swoją choinkę a powiem Ci, kim jesteś.