O czym przypomiało mi drugie dziecko.


Decyzja o kolejnym dziecku była naturalna i tak silna, że nie popieraliśmy jej żadnymi kalkulacjami czy listami “za/przeciw”. Wiedzieliśmy bez cienia wątpliwości, że nadszedł odpowiedni czas oraz że chcemy, aby syn miał rodzeństwo.

I tak całą ciążę czekałam na wzruszający finał porodu, na ten szczególny zapach niemowlaka, na spacery z wózkiem i te wszystkie etapy rozwoju malucha, o których przypominają mi fotografie Antka. I cieszyłam się – krótko mówiąc – na życie z dwójką dzieciaków.

Okazuje się (przynajmniej w moim przypadku), że wraz z dorastaniem starszaka i żegnaniem kolejno: okresu ząbkowania, smoczka, pieluch a tym samym wraz z obcowaniem z coraz bardziej komunikatywnym i samodzielnym 3-latkiem, o wielu rzeczach się zapomina. Wypiera je z pamięci i to nawet nie dlatego, że były szczególnie przykre czy nieprzyjemne. Nie wiem, na czym to polega i czy celowo tak to natura wymyśliła, że nasza pamięć (być może tylko ta rodzicielska?) jest tak selektywna. A może każdy rodzic zapamiętuje inne rzeczy z przeszłości swoich dzieci? Nie wiem.

Wiem natomiast, że pamięć zaczęła mi wracać już w trakcie ciąży. Niby przewidywałam, jak to znów może być, ale pamiętam dokładnie moją myśl, kiedy pierwszy raz poczułam mdłości a było to zdziwienie w stylu: “O Jezu, mdłości…” Dały mi w kość już podczas pierwszej ciąży a jednak za drugim razem zupełnie nie brałam ich pod uwagę.

Z kolei najwięcej rzeczy odkrywałam na nowo już dzięki Ninie.

Kruszynka!

Córka nie należała do maluszków, ważyła 3550g ale w porównaniu z Antkiem, była jak przedstawiciel innego gatunku. Patrzyłam na jej dłonie i jej malutką główkę i powoli przypominałam sobie, jak to jest trzymać w ramionach tak małego człowieka, jak podnosić i ubierać. Z tym na szczęście jest, jak z jazdą na rowerze. Pierwsza próba i znów wiadomo, co i jak 🙂

Chcę, ale nie mogę!

Jedna z pierwszych myśli po porodzie? Zaraz po wzruszeniu i zachwycie nad Nina, było: “Jak dobrze, że już po…”. I kiedy jeszcze na dobre nie zaczęłam się cieszyć, zaczął się połóg. W ciąży nie poświęciłam ani minuty na myślenie o pierwszych dniach po porodzie. Być może dlatego przygnębienie z powodu samopoczucia uderzyło z taką siłą. Uczucie gorąca, duszności, słabość … a w szpitalu trzeba z łóżka wstać, dzieckiem się zająć. Nie, żebym narzekała na obowiązki! Przeszkadzało mi właśnie to, że chciałam się ruszać, działać a mój stan mi to utrudniał. Na szczęście, tylko do czasu 🙂

Turbo ssanie!

Z Antkiem właściwie od początku karmienia piersią korzystałam z silikonowych nakładek. Bardzo pomogły na trudności w chwytaniu przez niego piersi. Dlatego też, choć pierwsze dni nie były zupełnie bezbolesne, nie miałam świadomości, jak przebiega tzw. “hartowanie” brodawek. Z Niną, już po kilku karmieniach w szpitalu zaczęłam odczuwać ból. Mała chwytała idealnie, ale piersi musiały się przyzwyczaić. Doszłam do momentu, kiedy syczałam z bólu na początku każdego karmienia. Zaraz po byłam szczęśliwa, że dałam radę i mam chwilę przerwy, ale przez pierwsze tygodnie i tak towarzyszył mi lęk przed każdym następnym karmieniem. Myślałam sobie wtedy, że doskonale rozumiem dumę każdej mamy karmiącej. Początki są naprawdę mało przyjemne, a gdy do bolących brodawek doda się jeszcze niemiłe objawy nawału pokarmu, jego zastój, zatkanie kanalika mlecznego albo nie daj Boże zapalenie piersi, to mamy całkiem szeroki wachlarz przeciwności, które mogą skutecznie odwieźć od karmienia piersią. A wracając do wspomnianego hartowania … Można to przetrwać, pomaga zaciskanie zębów i maść po każdym karmieniu (taka, której nie trzeba zmywać, np. Maltan). A po kilku tygodniach znów widzimy już tylko plusy 😉

Tylko mleko?!

Złapałam się na dziwnej myśli, jakoś w pierwszych dniach już w domu. Zupełnie abstrakcyjne wydało mi się w pewnym momencie, że Nina żywi się tylko mlekiem i nic więcej jej nie potrzeba.  A to pewnie dlatego, że dieta Antka jest już rozbudowana i staramy się ją urozmaicać, na ile to możliwe (czyt. na ile on sam pozwala).

Uwaga, mamy wyciek!

Miałam tę okazję doświadczyć wypływania mleka już za pierwszym razem. Z czasem zapomniałam, jak upierdliwe są te mniej lub bardziej spontaniczne wycieki, kiedy nie można rozstawać się ze stanikiem i wkładkami laktacyjnymi. Nawet gdy w drugiej ciąży profilaktycznie kupowałam opakowanie, miałam wielką nadzieję, że tym razem mnie to ominie. Nic z tych rzeczy. Bardzo szybko przypomniałam sobie, że na jakiś czas ja i wkładki to jedno 😀 A i tym razem wyciekowi (tak jak podczas karmienia) towarzyszy specyficzne (może nawet mało przyjemne) uczucie szczypania/mrowienia. Przynajmniej wiem, że zaraz poleci 😉 Pozostaje czekać, aż się laktacja unormuje i będzie spokój.

Czas na większy śmietnik!

Już sam powrót do pieluch to dobry przykład na ponowne powitanie czegoś, co już z wielką radością pożegnaliśmy.  Żeby tego było mało, noworodek a dwulatek również pod tym względem to dwie różne istoty. Z Antkiem ostatnie sztuki zmieniane były co parę godzin, w nocy w ogóle. Byłam bardzo zaskoczona, kiedy Nina rozkręciła swoją produkcję: zmiana co najmniej co dwie godziny (a zwykle częściej), nieważne czy dzień, czy noc. W efekcie tych pieluch (oraz chusteczek) idzie tyle, że nasz śmietnik nie wyrabia! 🙂 Aż zaczęłam przychylniej patrzeć na pieluszki wielorazowe, ale tych też nie zaleca się na pierwsze tygodnie, bo można wtedy zajechać pralkę.

O cholera, mamy wyciek!

O mnie już było, to teraz o Ninie 😉 Ilość pieluch to nie wszystko. Żeby nie rozwodzić się nad ich zawartością, napiszę tyko, że czasami trafia się pokaźny ładunek. A wtedy zazwyczaj trzeba zmieniać nie tylko pieluchę ale i całe ubranie. Pierwszy taki wypadek, do tego w parku, bardzo “brutalnie” mi o tym przypomniał.

Mamy wszystko?!

Wyjście z domu z 3-latkiem to luksus. W momencie, kiedy już byliśmy zaprogramowani na zabranie jedynie napoju i koniecznie jakiejś zabawki, pojawiła się Nina. Do tego w okresie wczesnej jesieni. Teraz więc przed opuszczeniem domu mamy całą litanie: torba (sprawdzić ilość pieluch i ciuszków na zmianę!), wózek, nosidełko/fotelik, kocyk, folia przeciwdeszczowa, parasol … Dobrze, że o butelkach i mleku nie muszę myśleć 🙂

A guuuuu!

Podczas, gdy rozmowy z naszym przedszkolakiem są już całkiem długie, ciekawe i często odkrywcze, komunikacja z małym, miesięcznym wróbelkiem jest bardzo prosta i ogranicza się do patrzenia sobie w oczy i wywoływania delikatnego grymasu, przez rodziców nazywanego uśmiechem. Obecnie jesteśmy na etapie pierwszy prób gugania a to przypomniało nam, jak ważne jest zagadywanie malucha oraz mówienie do niego, choćby recytując przepis na ulubioną zupę.

Jeszcze waciki …

Wieczorna kąpiel to osobna historia. Obsługa 3-latka jest mało skomplikowana: rozebrać, wrzucić do wanny, wysuszyć i założyć piżamkę. Mówiąc w skrócie 🙂 Kiedy przypomniałam sobie, ile punktów ma kąpiel noworodka/niemowlaka, rozbolała mnie głowa: waciki, woda przegotowana, sól fizjologiczna, balsam, krem, Octenisept na pępek … No i nie można zapomnieć o nagrzaniu w łazience, przygotowaniu ręcznika, pieluchy, ciuszków … A i jeszcze witamina D+K. Procedura jest długa. Dlatego póki co kąpiemy razem. Mąż o połowie by zapomniał 😉

Nie marudź i ciesz się każdą chwilą!

I jeszcze o czymś przypomniała mi Nina, rosnąc i zaokrąglając się każdego dnia. Żegnając się z pierwszymi zbyt małymi ciuszkami dotarło do mnie, że czas już teraz płynie szybko, a za moment będzie pędził. Jeszcze chwila i będziemy zmagać się z ząbkowaniem, podawać pierwsze potrawy, cieszyć się z pierwszych kroków, posyłać do przedszkola i tęsknić za małą, pachnącą kruszynką. Dlatego, gdy zdarza mi się marudzić, zwłaszcza podczas nocnych pobudek, przypominam sobie, że wszystkie te etapy przechodzimy prawdopodobnie ostatni raz. Wtedy na nowo zaczynam je doceniać i od razu jest jakoś łatwiej 🙂

(zdęcie: flickr.com)

Previous Garść inspiracji: Pokój dziecka.
Next Dla dzieciaków.

Suggested Posts

Prezenty na Roczek – pomysły, które nie mogą się nie spodobać!

Idzie jesień, nie łaź w dresie!

Świąteczna szafa Antka i Niny.

“Jak rozdzielić te dwa koguty?!” czyli sposoby na sprzeczki i bójki rodzeństwa.

Hello Monday!

Taka ze mnie matka!