“Pięćdziesiąt twarzy Greya” – kto jeszcze ma ochotę na klapsa?


Czytając rodzime recenzje – najpierw książki a teraz filmu – wniosek nasuwa się jeden: Zdecydowanie mamy problem, jakiś dziwny kompleks na punkcie “50 twarzy …”. Z jednej strony owszem, ani jedno ani drugie obok dzieła sztuki nawet nie stało. Tym łatwiej wskazać wszelkie błędy i absurdy, tym łatwiej książkę całkowicie zrównać z ziemią. Z drugiej jednak strony, każdy tak bardzo boi się oceny i zaszufladkowania (bo przecież nie wypada temu dziwactwu wystawić pozytywnej oceny!), że jedyne co powie o powieści i jej ekranizacji (nawet nie zagłębiając się w treść), że to straszna szmira, w której nic nie styka a sceny seksu nawet nie robią wrażenia. I tak mamy oto kuriozalną sytuację, że miliony fanów siedzą jak mysz pod miotłą, a krytycy będący w mniejszości, wojują z mieczykiem. I nawet nie wiadomo w imię czego!

Ja trochę na przekór i absolutnie szczerze już wcześniej przyznałam, że nie mam  z tą książką większego problemu. Naprawdę mam w nosie, czy i jak mnie ktoś na tej podstawie oceni. Owszem, znalazłam jej słabe strony, znalazłam też te, przy których dobrze się bawiłam. Bo tym właśnie jest powieść i jej ekranizacja – rozrywką. Bez przesłania, bez głębi, bez egzystencjalnych wynurzeń. Pamiętacie jeszcze? To te rzeczy, którym poświęcamy chwilę ze swojego życia, wyciągamy z nich to, co warte uwagi i idziemy dalej. Taką rolę spełnia też …

Film, w którym wiele można było spieprzyć … ale się nie udało.

Zarówno reżyserka Sam Taylor-Johnson, jak i scenarzystka Kelly Marcell wycisnęły z powieści wszystko, w pewnym sensie dokonały cudu i sprawiły, że film jest przyzwoity a nawet całkiem dobry. Dlaczego aż taka pozytywna ocena? Bo już na wstępie nie miałam wysokich oczekiwań i w sumie spodziewałam się czegoś dużo gorszego. A jednak dwugodzinny seans nie okazał się stratą czasu. Dlaczego?

Aktorzy: Jestem pozytywnie zaskoczona Dakotą Johnson. Poważnie! Stworzyła naturalną postać, popartą wiarygodną grą aktorską. A trzeba podkreślić, że oceniamy pierwszą część powieści, gdzie rozwój Any dopiero się rozkręca. A i tak widziałam tam zahukaną studentkę literatury, która momentami naśmiewa się ze śmiertelnie poważnego Greya i która w kluczowych momentach stawia na swoim. Wszystkich malkontentów pytam: czego więcej wymagaliście od tej aktorki? Uważam, że dobrana została do roli świetnie – od strony czysto fizycznej jest taką właśnie zwykłą dziewczyną – bez wyrzeźbionej sylwetki, bez białych ząbków i nieskazitelnej fryzury. Dodatkowo fascynuje mnie jej uderzające podobieństwo do rodziców, zwłaszcza do Melanie Griffith z tych dobrych, przedoperacyjnych czasów. Tak po prawdzie, więcej przyjemności sprawiało mi patrzenie właśnie na nią, niż na Dornana. On z kolei faktycznie nie powala. Uroda to rzecz względna, ale jego gra aktorska została daleko w tyle za kreacją Johnson. Nie widziałam w nim człowieka, który ma u stóp cały świat i którego filozofią życiową jest dominacja. Jest zwyczajnie mało przekonywujący, w garniturze, czy bez niego.

Aktorzy drugoplanowi nie zrobili na mnie żadnego wrażenia ale też nie mieli ku temu specjalnie okazji. Miło było znów zobaczyć Jennifer Ehle, znaną chociażby z filmu “Backbeat” i serialu “Duma i uprzedzenie”.

Fabuła: Muszę przyznać, że zaczęło się nieciekawie, niezbyt mocną sceną wywiadu, która jest niemal żywcem wyjęta z książki. Cała rozmowa jest sztuczna, banalna, ciąży aktorom i aż mi się nie chce wierzyć, że nic z nią nie zrobiono. Na szczęście później historia zaczyna się jakoś bujać i widać, że twórcy dobrze żonglowali scenami – wiele z nich zostało zmienionych albo zupełnie pominiętych, jak np. sceny seksu w wannie. Zwróciłam uwagę na szybkie tempo fabuły, jakby chciano na siłę wepchnąć jak najwięcej. Nie zdecydowano się podkreślać obsesji Greya na punkcie jedzenia, czy cyfrowego zacofania Anastazji. Nie uraczą Was też wzmianki o wewnętrznej bogini, ani wieczne przygryzanie wargi przez główną bohaterkę (choć te oczywiście się zdarzają, razem z przewracaniem oczami). A sceny seksu? Nie uważam, że jakoś szczególnie dominują, że męczą, że są nudne. Wszyscy nagle stali się specjalistami od BDSM! Można scenom zarzucić brak zmysłowości i wyszukania, ale według mnie są fajnie wyważone, bez skrajności i nawet zamierzone. Nagość pokazana jest z dużym smakiem i wypada bardzo naturalnie, nawet trochę surowo. Dla wielu to duży minus, ale jak mówiłam, ja nie spodziewałam się scen na miarę kultowego “9 i pół tygodnia” czy niezapomnianego “Ostatniego tanga w Paryżu”.

Muzyka: Czytając pozytywne opinie spodziewałam się jednak czegoś lepszego. Osobiście bardzo lubię, kiedy film ma swój muzyczny motyw przewodni. Tego zabrakło mi w “50 twarzach … “. Nie zgodzę się jednak z opinią, że utwory dobrane są nieadekwatnie do scen. Myślę, że to sprawa bardzo subiektywna, jak dla mnie obraz szedł w parze z fonią. A do tego przekonują mnie odświeżone hity Beyoncé, Annie Lennox a nawet Franka Sinatry.

No to warto zobaczyć, czy nie?

Pewnie, że warto! Podrzuciliśmy dzieciaki dziadkom i mieliśmy ponad dwie godziny dobrej zabawy. Z moim mężem i tak nie da się tego filmu brać zupełnie na poważnie. Mam nadzieję, że nasze komentarze nie przeszkadzały sąsiadowi. Choć on i tak miał ciężko – wybrał się na seans z dziewczyną i z jej mamą 😉 A wracając do filmu – idz i wyrób sobie swoje zdanie. Absolutnie nie przyjmuj wszelkich recenzji jako pewnik, zwłaszcza jeśli napisał je Zombie Samuraj.

Mam problem z Pawłem Opydo.

Pisałam, ba wychwalałam kiedyś jego komentarze do książki. Były i są genialne – sporo w nich dystansu, poczucia humoru i złośliwości. I prawdy. Nawet dzisiaj wspominaliśmy wyśmianą przez niego scenę z zupą (nie ma jej w filmie). Po seansie zajrzałam do recenzji filmu u Zombie Samuraja i jestem 3 x na nie! Nie dla oceny pisanej na kolanie, z tłumaczeniem niedopracowania marnym filmem, nie dla nieścisłości – scena bez majtek jest, namierzanie telefonów również. Tak się kończą zabawy telefonem podczas seansu 😉 Nie dla pogrywania sobie z czytelnikiem. Każdy ma prawo do recenzji, nie w tym rzecz. Paweł po prostu z czystego wyrachowania nie mógł tematu odpuścić, choć zapowiadał wcześniej, że zamyka temat książki. Później (znaczy tuż przed premierą) do niego wrócił, żeby przedstawić trochę łagodniejszą opinię na jej temat. Po czym poszedł posiedzieć do kina i dał czytelnikowi jako taką recenzję (oczywiście na jedną modłę), bo wiedział, że się wszyscy zlecą. Duży plus tego taki, że dowiódł on czegoś bardzo prawdziwego: czasami rzeczy są nieskomplikowane i absolutnie nie trzeba doszukiwać się albo oczekiwać głębi. Czasami to jedynie kwestia rozrywki albo odsłon.

(Zdjęcie: W Magazine)

Previous Blogi fachowe i do rzeczy.
Next Witamy w naszej kuchni!

Suggested Posts

“Tak bym chciała …” czyli rozterki matki kwoki ;)

Piwnooka 2015.

Ujawniamy płeć dziecka :)

DIY: Płatki śniegu.

Nasze drogowskazy.

Pomysł na obiad: 3 smaczne i proste dania jednogarnkowe z kurczakiem!