Dlaczego właściwie od lat usługuję mężowi?!


Bywają takie dni, kiedy przy prasowaniu 10-tej koszuli czy podczas pakowania całej rodziny na wyjazdy albo podczas zwyczajnego, codziennego zabawkobrania po całym domu, dopada mnie jedna myśl. “Co jest kurna?! Dlaczego ja tu robię za sprzątaczkę, praczkę i kucharkę? Dlaczego czasami czuję się, jakbym miała trójkę a nie dwójkę dzieci, które trzeba ubrać i nakarmić?” No bo helloł? Kto to widział, żeby facet sam sobie gaci i skarpetek nie wyprał a potem ich nie złożył w kosteczkę i nie włożył do szuflady?! W takie właśnie dni łażę i sobie zrzędzę, czasami nawet ustalam w myślach nowy, ścisły i sprawiedliwy podział obowiązków. Potem frustracja przechodzi a ja sama świetnie odpowiadam sobie na wszystkie pytania.

Kiedyś, baaardzo dawno temu rozmawiałam z koleżanką. Uczestniczyła ona w rozmowie grupy kobiet, które opowiadały o swoich “starych” – o tym, jak to nie są ich matkami, żeby ich opierać i czekać punkt 16:00 z ciepłym obiadem na stole. Koleżanka ta była delikatnie zniesmaczona tym, co usłyszała. Z jej perspektywy, tj. żony, która dba o dom i swojego męża, tak brutalne stawianie granic było nie do przyjęcia. Może w jakiejś części było to zgrywanie się, wszak i kobiety i mężczyźni lubią przedstawiać, kto jest w związku górą. Panowie udają, że to wcale nie żony puszczają ich na piwko z kolegami, a panie się odgrażają, że nikt ich do kuchni nie zapędzi, tym bardziej mąż.

Jakby nie było, kobiet z opisanym wyżej nastawieniem jest wiele. Ja do nich z pewnością nie należę a powody wyjaśnię za chwilę. Są takie kobiety, które alergicznie reagują na sugestię, że są odpowiedzialne za to, jak ich mąż wygląda i co je w ciągu dnia. Nie chcą słyszeć o tym, że miałyby w pojedynkę ogarniać dom i zapełniać lodówkę, jakby reszta rodziny była gośćmi hotelowymi a nie domownikami.

Po części rozumiem to jako dość ekstremalny sprzeciw wobec roli społecznej, w której kobiety tkwiły przez wieki. Nawet jak już zdobyły prawo wyborcze, mogły się kształcić i zaczęły piastować dotychczas “męskie” prestiżowe stanowiska, oczekiwania wobec nich wciąż były takie same. Mężczyzna chciał wracać do lśniącego, pachnącego pieczenią domu. Chciał rano sięgać po świeżą bieliznę i zawsze natrafiać na ledwie naczętą rolkę papieru w toalecie. Bo jak kobiety chciały być kimś więcej niż żoną i matką, to droga wolna, byleby pamiętały, gdzie ich miejsce.

I czyż dziś nadal tak nie jest? Ileż ja się naczytałam żali kobiet, których mężowie mieli pretensje, że obiad drugi dzień ten sam … Albo zrugali za “syf” w domu i rozwydrzone dzieciaki. Są faceci, którzy uważają, że “siedzenie w domu” i opieka nad dziećmi to żadna praca. W każdym razie pranie, sprzątanie, gotowanie na pewno nią nie jest. Może to charakter, może wzorce wyniesione z domu. Jestem pewna, że dzisiaj naprawdę niewielu żeni się bez tej (nawet podświadomej) myśli, że te wspaniałe, piękne kobiety w welonie, zapewnią im, poza oczywistym towarzystwem, również wikt i opierunek. Robiła tak mama, będzie robiła żona. To jest przecież oczywiste.

Zatem z jednej strony chętnie przyklasnęłabym kobietom z podobnymi przekonaniami, wiem skąd się biorą. Z drugiej strony takie stawianie sprawy mimo wszystko jest dość smutne. Choć muszę podkreślić, że podchodzę do tego z jednej, konkretnej perspektywy – swojej. Perspektywy mężatki z niespełna 11-letnim stażem, która ani razu nie usłyszała od partnera a potem męża, że obiad był do kitu, że dlaczego skarpetki nie sparowane albo że nie dostał do pracy pomidora w kanapce, nie wspominając o kanapce w ogóle! Dziś nawet ciężko mi oceniać, czy to jego charakter, czy przez lata wypracowane “zasady” wspólnego życia. W końcu w dniu ślubu znaliśmy się, jak łyse konie 🙂

Choć nie jestem wzorową panią domu – nie gotuję regularnie (tj. nie za wszelką cenę, walcząc ze zmęczeniem albo dziećmi, domagającymi się uwagi), czasami krzesło na pranie nie wyrabia i muszę dostawiać kolejne a dom nie zawsze błyszczy, to jednak pewne rzeczy są i będą moją domeną. Dlaczego zatem skaczę nie tylko wokół dzieci, ale też wokół męża? Bo go kocham i staram się dbać tak, jak on stara się dbać o mnie.

Dla mnie to kwintesencja związku, po prostu. Mamy mniej więcej konkretny podział zadań i staramy się go trzymać. Z drugiej strony, wspólne życie to nie jest sztywny układ, nigdy tak do tego nie podchodziliśmy. Ja prasuję, on pamięta o rachunkach. Ja pakuję nas na wakacje, on przygotowuje samochód, planuje trasę itp. Kiedy trzeba, to on a nie ja robi zakupy. I wiem, że to wszystko brzmi pięknie przy założeniu, że obydwie osoby wkładają we wspólne życie tyle samo zaangażowania. Że w równym stopniu starają się dbać o tę drugą połowę. Tak niestety nie zawsze jest.

Tak czy owak mogę przyznać: tak, usługuję mężowi, tak jak on usługuje mi. Na czym polega wspólne życie, jeśli właśnie nie na tym? A jeśli proporcje zaczynają się sypać (ale wiecie, tak naprawdę) albo zaczynamy toczyć walki o to, kto robi więcej albo kto ma gorzej … to coś jest nie tak i trzeba to wyprostować.

Napisałam, jak to wygląda u nas i skąd się bierze moje podejście – ta podskórna, naturalna chęć dbania o najbliższych i sprawiania im radości. Temat zawsze przypomina mi się z resztą przy okazji różnych świąt, kiedy to Facebook zalewa fala memów o kobietach, które olały okna i potrawy a jedyne o co zadbały, to manicure. I super, to zawsze jakaś przeciwwaga do społecznej presji, by to matka i pani domu ogarniała przedświąteczne prace. Z drugiej strony, jest coś magicznego we wkładaniu serca w tworzenie nastroju i wspomnień na lata. Zdaje sobie też sprawę, że związki wyglądają i funkcjonują różnie. Ludzie są różni. Jeśli zasady (jakiekolwiek) wypracowane są świadomie, to super. Jeśli ktoś w relacji cierpli, to już gorzej.

 

Previous 10 genialnych gadżetów na wakacyjne podróże z dziećmi.
Next Bezbarwna galaretka w trzech odsłonach!

Suggested Posts

Zanim pójdziesz z dzieckiem do kina …

Na śniadanie.

Nie róbcie tego deseru, gdy spodziewacie się gości. Zeżrą wszystko!

Go girl! Filmowe bohaterki, które kopią tyłki.

Wybierz idealny arbuz w 5 krokach!

Jogurtowe babeczki z makiem i cytryną, które znikają w pięć minut!