Nietypowa życiowa lekcja, którą dał mi tata.


Z pewnością nie była to lekcja zaplanowana a jej wykonanie szczególnie mądre (powiedziałabym nawet, że paskudnie złośliwe), ale zapamiętałam ją dokładnie i wspominam z uśmiechem całe moje dorosłe życie. Mało tego! Wtedy, jako dziecko, chciałam tacie ze złości wydrapać oczy a dziś? Jako rodzic dobrze go rozumiem …

Byłam wtedy trochę starsza od Antka i jak każde dziecko, pragnęłam wymarzonych zabawek. Jako jedynaczka i jedyna wnuczka Dziadków od strony mamy, miałam ich trochę. Piękne, kolorowe, z Zachodu! Nie wszystkie nowe, bo część pochodziła z drugiej ręki. I też nie każde, jakie wpadły mi w oko. Zawsze znalazło się coś, co bardzo chciałam mieć, ale musiałam przełknąć odmowę rodziców.

Pewnego dnia, podczas wizyty w Peweksie, zobaczyłam go. Stał na półce pośród wielu zabawek i był raczej skromny, niepozorny. Był jednak idealnym uzupełnieniem mojej babskiej kolekcji lalek Barbie a na imię mu było Ken. Chciałam go zabrać do domu, bardzo. Niestety trafiłam na mur nie do pokonania – zdecydowanie “Nie” nie pozostawiało złudzeń. Moja złość, żal i frustracja rosły z każdą minutą, choć nie pamiętam już, czy popłakałam się jeszcze w sklepie czy dopiero w samochodzie, w drodze do domu. W desperacji wyciągnęłam poważne działa. Wyłam jak bóbr, głośno i zawzięcie. I tylko dziś, kiedy sama mam dzieci, mogę się domyślać, co czuli moi rodzice. Ryczałam a oni postanowili w ciszy przeczekać do końca burzy. Jeśli przeżywali to samo co ja dziś, kiedy Antek puszcza syrenę, to naprawdę podziwiam ich za ten spokój.

Zajechaliśmy pod dom a mi nadal spływały wielkie krople łez po policzkach. Podejrzewam, że ten mój upór był już nie do wytrzymania, zwłaszcza że niewielka przestrzeń samochodu uniemożliwiała rodzicom ucieczkę ode mnie. Wysiadając z auta zauważyliśmy, że właśnie wysypano na podjeździe węgiel, zakupiony na zimę. Lata temu (choć pewnie dzieje się tak jeszcze dzisiaj), węgiel czy drewno często dostarczano wozem z końmi te zazwyczaj swoją obecność zaznaczały w dość dobitny, śmierdzący sposób.

Zatem mój tata, widząc po jednej stronie leżące, jeszcze świeże końskie bobki a po drugiej zaryczaną i zawziętą mnie, wpadł w swojej desperacji na pomysł oryginalny, powiedziałabym nawet, że bardzo niewychowawczy. Powiedział do mnie tak:

– “Jak złapiesz tę kupę gołą ręką, to kupię Ci Kena.”

Oczywiście znał mnie dobrze i wiedział, że w życiu, za żadne pieniądze i zabawki tego świata tego nie zrobię! Ja z kolei wkurzyłam się na niego na dobre. Bo nie dość, że pozostawał niewzruszony wobec mojego płaczu, to jeszcze zaproponował coś tak obrzydliwego. Pobiegłam do domu, warcząc i tupiąc głośno. Temat Kena był dla wszystkich zamknięty.

Z perspektywy czasu nadal uważam, że to był chwyt poniżej pasa. Choć z drugiej strony dostałam wybór i zdecydowałam. I powiem Wam, że do dzisiaj żałuję, że nie zacisnęłam zębów i nie podjęłam wyzwania. Wracam myślami do tej sceny i naprawdę żałuję, że zrezygnowałam i uciekłam. Nie napisze Wam, że od tego czasu zawsze chwytam byka za rogi albo że regularnie pokonuje swoje ograniczenia. Nadal wiele rzeczy czy sytuacji jest właśnie taką końską kupą. Może mniej obrzydliwą, ale jednak z jakiegoś powodu hamującą moje decyzje. Myślę jednak, że to doświadczenie zawsze mi przypomina, że warto nad sobą pracować, czasami porwać się na coś szalonego i patrzeć na sprawy z różnej perspektywy. Bo czasami to nie “AŻ” a właśnie “TYLKO”.

***

Zobaczcie przy okazji, jak fajnie spędziliśmy ostatnią sobotę. Odwiedziliśmy festiwal food trucków, który odbywał się w Lesznie chyba po raz pierwszy. Było naprawdę różnorodnie i pysznie. Za pysznie! 🙂 Udało nam się też zaliczyć spacer w pięknym parku. I jak zwykle towarzyszyła nam Nukka! <3

Previous FILM: Nasze wakacje okiem GoPro!
Next 2 rok Niny!

Suggested Posts

9 miesiąc Niny i 3 x NIE.

Na śniadanie.

Najlepszy przepis na mleko migdałowe.

Wprawnym okiem – wszystko, co musisz wiedzieć na temat Becikowego.

“Fru!”

W te wakacje nie ma laby!