Moje trzy spektakularne wpadki kulinarne!


Wiele racji miał Bonaparte mówiąc, że “tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi”. Chłopina co prawda źle skończył, ale też nie wiadomo co było gorsze – jego klęska polityczna, czy śmiertelna choroba w dość młodym wieku. Tak czy inaczej wydaje się, że gotowanie bardzo trafnie oddaje sens jego słów, bo czyż początki w kuchni nie są pasmem mniejszych i większych wpadek? Czyż późniejsze kulinarne sukcesy nie są obkupione dziesiątkami przypalonych ciast i przesolonych zup? Nawet ja mogę coś na ten temat powiedzieć 😉

Ja, to znaczy osoba, która pichcić uwielbia, o ile nie jest to codziennym, nie zawsze miłym i relaksującym obowiązkiem. Uwielbiam rozpieszczać moich bliskich i jak trzeba, to ogarniam trzy śniadaniowe dania na raz. Mamy swoje ulubione potrawy i chętnie wałkujemy je, aż wszystkim się przejedzą. Daleko mi jednak do doświadczenia niektórych moich znajomych, o rodzicach i teściach nie wspominając …

A jednak zaliczyłam spektakularne wpadki, których długo się wstydziłam a które po latach nadal mnie śmieszą. Oczywiście kwestia samej wpadki jest dyskusyjna. Dla jednych tragedia będzie przypalony sernik, dla innych płaska, ponura beza. Jedni za szczyt obciachu uznają przesolone ziemniaki, inni gumowy stek. Nie zdziwię się zatem, jeśli uznacie moje historie za mało spektakularne. Owszem, można jeszcze gorzej 🙂 Można przecież komuś zafundować rozstrój żołądka, co mi się nie zdarzyło. Tak czy owak i tak było strasznie, że aż śmiesznie.

Wytrawne naleśniki.

To zadziwiające, że tak dobrze pamietam tę historię. Może dlatego, że zyskane doświadczenie było dla mnie tak bolesne. Otóż mając jakieś 5-6 lat, towarzyszyłam mamie w kuchni. Ona przygotowywała naleśniki a ja uparłam się, że chcę się pobawić mąką i innymi składnikami. No więc mama udostępniła mi tę mąkę, kakao, sól … a ja zajęłam się “kucharzeniem” na dłuższą chwilę. Nie poprzestałam na tym, bo uparłam się, aby z mieszaniny zrobić własne ciasto a z niego własne naleśniki. Czekoladowe, bo nie żałowałam do nich kakao.

Z perspektywy czasu jestem jej wdzięczna, że się zgodziła, biorąc pod uwagę, że nie do końca było wiadomo, co i w jakich proporcjach wrzuciłam do ciasta. Naleśniki powstały a ja z dumą czekałam, aż dorośli ocenią moje dzieło. Cóż, tata po jednym kęsie się skrzywił, odmówił dalszego jedzenia. Musiałam przekonać się osobiście, bo przecież prezentowały się baaardzo apetycznie. I tak … po spróbowaniu nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. To była sól w postaci ciasta! Smak tak słony, że aż zadawał ból. Wierzcie mi, długo musiałam płukać usta i w zasadzie do dzisiaj pamiętam to nieprzyjemne uczucie.

Miłość do słonego smaku mi co prawda została a naleśniki to moje popisowe danie, ale nauczyłam się, że w gotowaniu bardzo liczy się umiar i właściwe proporcje 🙂

Tarta dla teściowej.

Jakoś tak się niefortunnie złożyło, że dwie pozostałe wpadki dotkliwie odczuli teściowie. I pewnie to dlatego tym głębiej chciałam zapaść się po ziemię. Ale od początku …

Dziesięć lat temu nie było jeszcze blogów kulinarnych, do których można by zerknąć i znaleźć sprawdzony przepis. Ja wtedy szykowałam coś dla zaproszonych na kawę teściów a ponieważ, jak każda szanująca się pani domu, miałam “Panią domu” w gazetniku, tam postanowiłam poszukać inspiracji. I znalazłam! Prosty przepis na kruche mini-tarty z jabłkami. Szybkie, smaczne, z prasy … czy coś mogło pójść nie tak?

Owszem! Nie wiem, kto był ich autorem i czy w ogóle zjadł to, co opisywał. Pewnie nie. Prezentowały się przepięknie, co mnie zmyliło i sama również nie spróbowałam ich przed podaniem. Całkowicie w dobrej wierze i zadowoleniu z samej siebie, wpuściłam gości na minę. Ciasto bowiem było twarde, jak kamień! Cukier, dodany według przepisu, nie rozpuścił się tylko skarmelizował i związał masę. Co na to teściowie? Nic! Jedli z trudem, bardzo powoli i nie pisnęli słówkiem. Cudem nie połamali sobie zębów! Ja po kilku kęsach się poddałam.

Po latach śmiejemy się z Maciejem z mojego “faux pas” i uważamy, że w jakimś sensie wyszło mi na dobre. Teściowa albo przekonała się, że kulinarnie nie ma się co martwić o swoją pozycję, albo uznała, że podając takie kamploty mam po prostu “jaja”.

Na szczęście po latach znalazłam idealny przepis na kruche ciasto 🙂

Cebula! Wszędzie cebula!

Tym razem zaatakowałam teścia. Znów nieświadomie, w absolutnie dobrej wierze. Nie miałam prawa wiedzieć o pewnym, dość istotnym szczególe a oświecono mnie przy okazji pewnego obiadu.

To było chyba jeszcze w czasach narzeczeństwa, przed nieszczędnymi mini-tartami. Wpadłam na pomysł, żeby ugotować obiad dla teściów u nich w domu. Wybrałam sprawdzony przepis na pomidorową zapiekankę. Danie zwyczajne, ale bardzo pyszne dzięki przesmażonym pomidorom z przyprawami i dużej ilości drobno posiekanej, smażonej cebuli.

No właśnie, cebuli … Danie było smaczne a ułożone warstwowo i zapieczone składniki, prezentowały się idealnie. Wszyscy siedliśmy do stołu i zaczęliśmy jeść. Były rozmowy, mlaskanie z apetytem a zapiekanka znikała z talerzy. I kiedy kończyliśmy powoli biesiadowanie zobaczyłam, że teść nadal nie ruszył dania, tylko cały czas wydłubuje małe kosteczki cebuli! Bo to właśnie jeden ze składników (obok kminku), których szczerze nie znosi … Przy całym moim zmieszaniu, bardzo doceniłam to, że nie skreślił dania i mozolnie pozbywał się tej nieszczęsnej cebuli 🙂

***

Jak widzicie, wszyscy żyją, kuchni nie zdołałam spalić. Najadłam się jednak wstydu i z każdej wpadki wyniosłam nowe doświadczenie. Czyli tak, jak być powinno, co nie? :)) A jak u Was? Wasza najbardziej spektakularna wpadka kulinarna to …?

(zdjęcie: schmidtbrothers.com)

Previous Moje dziecko już umie wykonać tę ważną rzecz. A Twoje?
Next Piwnooka 2017 czyli rok pełen wrażeń!

Suggested Posts

To, co pomaga mi przetrwać …

“To mogą być zęby …” czyli 11 objawów ząbkowania.

Haul z Ikea.

“Nie, nie! To się nie dzieje naprawdę!” – czyli kronika wypadków weselnych.

Pielęgnuj w sobie małą księżniczkę!

Na śniadanie.