Urban Jungle w Twoim domu – porady i inspiracje.


Jakby nie patrzeć, cztery pory roku są ciekawym urozmaiceniem i każda jest wyjątkowa. Kochamy zielone, pachnące lato, złotą jesień i wiosnę, budzącą naturę do życia. Nawet zima, jeśli biała, potrafi być magiczna. Nie da się jednak ukryć, że przez kilka długich miesięcy oglądamy smutne, gołe drzewa i krzewy. Właśnie niedawno dotarło do mnie, że o tej porze roku jestem już zwyczajnie zmęczona takim widokiem. Zazdroszczę ludziom, który żyją w ciepłym klimacie, nie wiedzą co to krótkie dni, mróz i kilka warstw ubrań. Na szczęście pojawił się idealny trend wnętrzarski, który wychodzi naprzeciw tęsknocie za zielenią. Poznajcie Urban Jungle!

Mówiąc najprościej, to dekorowanie swoich czterech kątów żywymi roślinami doniczkowymi. Z jednej strony to nic nowego, bo kto z nas nie pamięta mieszkań babć i ciotek, z wiekowymi kwiatami na ścianach? Kto przez lata edukacji nie spoglądał na kwiaty białe od kredy, na szkolnych parapetach? Większość z nas ma obecnie jakąś roślinę w domu – wszak kwiatki są ładne i pięknie uzupełniają wystrój.

No więc niby oczywista oczywistość, ale trochę inaczej to wygląda, gdy poznajemy historię trendu. Pojęcie “urban jungle” pojawiło się po raz pierwszy w “The Times”, w XIX wieku. Oznaczało zupełnie inną dżunglę a mianowicie tą w postaci prężnie i ekspansywnie rozwijających się miast – drapaczy chmur, siatki ulic, metra, budynków użyteczności publicznej. Określenie to miało zdecydowanie wydźwięk negatywny, bo rozbudowa miast wiązała się w wypieraniem terenów zielonych i odbieraniem zwierzętom ich naturalnego środowiska. Niekiedy miejska dżungla nazywana była również betonową (określenie pierwszy raz użyte w 1960 roku przez Boba Marley’a).

W opozycji do szarych miejskich krajobrazów stanęli miłośnicy roślin. Zaczęli propagować stosowanie ich w wystrojach, nie tylko prywatnych mieszkań, ale też w miejscach publicznych. Ze swojej ogromnej pasji znani są Igor i Judith – pomysłodawcy projektu “Urban Jungle Bloggers”, który obecnie skupia twórców, promujących otaczanie się roślinami. We wrześniu 2016 wydali oni swoją książkę. W ten sposób pojęcie zyskało zupełnie nowe znaczenie – otaczanie się namiastką dżungli w domowym zaciszu. Czerpanie nie tylko przyjemności estetycznej, ale również korzystanie z dobrodziejstw kwiatów doniczkowych, jak oczyszczanie powietrza.

Urban Jungle w kilka kroków.

W sumie nie ma zasad, które określałyby tworzenie swojego prywatnego urban jungle. Można pokusić się o stwierdzenie, że powinniśmy używać wyłącznie roślin żywych i zielonych, ale znów – efekt ma spełniać swoją rolę i zadowalać nas samych. Jeśli w naszym domu obecnie jedyną żywą zieleniną jest sałata w lodówce i nie bardzo wiemy, od czego zacząć, na pewno pomocne będą poniższe punkty:

Miejsce.

Dobieramy do możliwości lokalowych, ograniczeń i osobistych preferencji. Oczywisty jest salon czy sypialnia, ale zielona może być zarówno kuchnia, jak i łazienka. Kluczowy jest dobór roślin i ich ilość. Jeden spory okaz może zastąpić kompozycję – to już kwestia dostępnej przestrzeni. Również potrzeby poszczególnych gatunków determinują wybór miejsca. Na szczęście jest ich tak wiele, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Rośliny.

 Jeśli mamy małe dzieci i zwierzęta, to one powinny być głównym kryterium naszego wyboru. Rezygnujemy z trujących (np. bluszcz, dracena, skrzydłokwiat) i niebezpiecznych (np. duże okazy kaktusów). Jeśli lista znanych nam kwiatów jest krótka, będziemy musieli dokształcić się w temacie – poznać potrzeby roślin i wymaganą ilość światła. Sansewieria czy Filodendron prawie w ogóle nie potrzebują słońca a z kolei oplątwy rosną bez doniczki! Te drugie zwane są “air plants”, ponieważ można je efektownie wyeksponować, np. wieszając w oknie. Wystarczy je co jakiś czas zraszać wodą i tyle 🙂

Kompozycja.

Im więcej zdjęć oglądam, tym bardziej przekonuje mnie urok pozornego chaosu. Mięsiste sukulenty w towarzystwie krzaczastej Zielistki Sternberga czy też zwisających: Ceropegii Wooda czy Starca Rowley’a, zwanego “groszkiem”. To prawda, że pewne gatunki stają się modne (jak np. Pilea zwana “pieniążkiem”), ale stara dobra paproć też ma swój urok. Lepiej przeznaczyć na rośliny kawałek pomieszczenia, niż rozstawiać je pojedynczo. Świetnie sprawdzą się stoliczki, półki, parapety czy plecione makramy.

Wnętrze.

Uważam, że w każdym wystroju kwiaty będą się pięknie prezentowały. Ich żywa i soczysta zieleń zawsze ociepli pomieszczenia, zwłaszcza te urządzone minimalistycznie i w chłodnych kolorach. Z drugiej strony, surowa uroda kaktusów świetnie skomponuje się z pastelami i złotymi dodatkami. Dopasowanie roślin do wnętrza leży w odpowiednim doborze gatunków i samych donic.

Zamiast roślin.

Zamiast roślin. Jeśli nie chcemy lub nie możemy zdecydować się na bogatą kolekcję, efekt urban jungle można wzmocnić dodatkami. Butelkowa zieleń na ścianie, plakaty czy poduszki z motywem roślinnym, koszyki, plecione dywany, drewniane meble w naturalnym kolorze.

Garść inspiracji.

Poniżej możecie zobaczyć, jak zielony kącik wygląda u nas. Praktyczny, bo w całości widoczny z kanapy i prawie niedostępny dla kota. Nie jest tłoczno a jednak efekt całkiem udany. Zerknijcie na kolejne zdjęcia, które znalazłam a jeśli potrzebujecie jeszcze więcej inspiracji, z pewnością znajdziecie je na Pinterest.

urban jungle urban jungle

urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle urban jungle

(zdjęcia: pinterest.com; piwnooka.pl)

Previous Zmora naszych czasów i wkurzający standard w Internecie.
Next Odebrane rodzicielstwo - to dzieje się tu i teraz!

Suggested Posts

Hello Monday!

Okiem doktora i gdzie tu rodzić Panie?

Bezbarwna galaretka w trzech odsłonach!

O co ten cały Snapchat?!

Nasze spacerowe must have … vol. 2.

Co to był za weekend!