Ach to nasze babskie “ALE” …


Obserwacja nie jednej, ani nawet nie dwóch dyskusji w Internecie nasunęła mi kiedyś pewien wniosek. Gdyby nie najnowsza afera z karmieniem piersią w miejscu publicznym, pewnie do dzisiaj bym się nim z Wami nie podzieliła. Już wcześniej obecny poziom i ton ocen, reakcji i komentarzy, powtórzył się również tym razem, więc chyba warto temat opisać.

Dla niezorientowanych w temacie: dwa lata temu Pani Liwia postanowiła nakarmić swoje dziecko piersią w jednej z sopockich restauracji. Kelner poprosił ją w imieniu innych gości o oddalenie się w tym celu w bardziej ustronne miejsce (stolik, choć mowa także o toalecie). Pani Liwia poczuła się urażona taką prośbą, zaczęła działać i w końcu do sądu w Gdańsku wpłynął pozew przeciwko właścicielowi restauracji, złożony w imieniu Pani Liwii przez Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjne. Dziś historia ma już kilka wersji, że niby dziecko wrzeszczało i przeszkadzało albo że to sama Pani Liwia wulgarnym językiem zaatakowała grzecznego kelnera. Ciężko mi ocenić, czyja relacja jest prawdziwa a która ubarwiona. Tak de facto to już sprawa drugorzędna, bo wszystko rozbija się o karmienie piersią i jego odbiór przez osoby postronne.

I to jest właśnie ten kolejny temat, który obok ciąży, porodów i wychowywania dzieci zawsze omawiany jest w podobny sposób. Głównie przez kobiety, bo to one w przeważającej większości zajmują stanowisko i wchodzą w zażarte dyskusje. I często są to kobiety o podobnych doświadczeniach, same mające dzieci. I powiedzcie mi, dlaczego w każdym temacie, który teoretycznie powinien solidaryzować kobiety, tak bardzo je dzieli? Dlaczego zawsze któraś z kobiet musi dołożyć swoje “ALE”? Nie zrozumcie mnie źle. Jestem świadomoma, że tak wygląda wolność słowa i swoboda dyskusji. Każdy ma prawo mieć swoją opinię. Tylko, że mi nie przeszkadzają różne spojrzenia na tę samą sprawę. Nie przeszkadzają mi próby wyjaśnienia swojego punktu widzenia. Mnie zastanawia a nawet bulwersuje postawa i komentarze, które mają zdeprecjonować, ośmieszyć czyjeś odczucia i doświadczenia.

“Bez przesady! Ciąża to nie choroba …”

Nie zliczę, ile razy czytałam i nadal czytam podobne opinie, ilekroć któraś kobieta pisze, że musiała z brzuchem stać w długiej kolejce albo stać w autobusie. Ciąża może przebiegać bez uciążliwych dolegliwości, może być łagoda albo bardzo trudna i obciążająca organizm kobiety. Tymczasem zawsze znajdzie się ktoś, kto albo kwituje: “Taka chora a po sklepach łazi!” albo przystępuje do dyskusji ze swoim “JA” i na bazie swoich doświadczeń próbuje uświadomić innych, jak bardzo wyolbrzymiają i użalają się nad sobą. “Mnie nikt nie musi ustępować miejsca, bo sama sobie poradzę.” – no super, tylko dlaczego w imię takiej postawy mamy rezygnować z uświadamiania społeczeństwu, czym jest empatia i wyrazy szacunku wobec szczególnego stanu kobiety? Czy to coś złego, że czasami postawimy czyjeś potrzeby ponad swoje?

“Kobiety kiedyś rodziły na polu, po czym wracały do pracy a Ty robisz wielki problem, bo położna na Ciebie nakrzyczała …”

Ostatni raport NIK wyraźnie pokazał, że standardy opieki okołoporodowej w Polsce pięknie wyglądają głównie na papierze. Kto za to odpowiada? “No przecież, że dyrektorzy szpitali, ordynatorzy, oddziałowe i te wredne położne!” Trudno nie zgodzić się z taką opinią, bo mentalność personelu medycznego w dużej części (choć nie całkowitej) tkwi jeszcze w minionym stuleciu. I wiecie jeszcze dlaczego mamy opiekę okołoporodową rodem z PRLu, gdzie “Nogi rozłoży, badanie będzie!” nadal jest na porządku dziennym? Bo my-pacjentki (i pacjenci) na to pozwalamy. Po części rozumiem, że po traumatycznych przeżyciach, człowiek ma tylko ochotę zabrać dziecko do domu i jak najszybciej zapomnieć o opryskliwych uwagach i traktowaniu przez lekarzy, jak kawał mięsa. Z drugiej strony, podkulamy ten ogon jak zbite psiaki i pozwalamy, aby personel nie okazywał nam kszty szacunku. Rozmowa z ordynatorem? Święta audiencja! Prośba do pielegniarki o środek przeciwbólowy? Zawracanie głowy duperelami! Nadal boimy się białych fartuchów i uwag salowych. A kiedy próbujemy rozliczać szpitale z ich powinności, dostajemy po głowie od samych matek. No bo przecież “bez przesady….”.

“No już nie róbcie z siebie męczennic…”

Jak piszesz o macierzyństwie w samych pozytywach, to mówią, że lukier i “rzyganie tęczą”. Jak narzekasz i to nawet w żartach, to wyolbrzymiasz. “Siedziałam z dzieckiem w domu dwa lata i miałam czas na wszystko. A Ty jesteś albo źle zorganizowana albo leniwa!” Zawsze znajdzie się ktoś, kto musi dodać komentarz właśnie w takim tonie. Nie wiem, czy autorki zdają sobie sprawę, ale to na kilomert pachnie wrogością i chęcią dowalenia.

“Ja karmiąc dziecko zakrywałam się pieluszką. Inne mamy też powinny.”

No ja naprawdę się z Antkiem zakrywałam. Tylko i wyłącznie dla siebie, bo nie chciałam, żeby jakiś dziad widział choćby kawałek mojej piersi. Z Niną w ogóle się nie zakrywałam i to nie dlatego, że mężczyźni nagle przestali pojawiac się w mim otoczeniu. Za drugim razem priorytetem było już tylko nakarmienie mojego dziecka a nie myślenie o tym, czy pan ze stolika obok widzi kawałek mojego nagiego ciała. A w ogóle, co on ma do gapienia się na mnie w takim momencie? Okrywając dekolt, nigdy nie robiłam tego dla kogoś. Dlaczego? Bo karmienie piersią to naturalna rzecz, swoisty fundament naszego gatunku i kultury. Jeśli ktoś widzi w tym coś nienormalnego i obrzydliwego, to powinien się o siebie niepokoić. Niestety taką postawę wpoiły mu czasy, kiedy prym wiodły mleka modyfikowane i butle szykowane co 3 godziny. To nie mamy nagle kolektywnie straciły pokarm. Zastąpienie piersi mieszanką było wygodne i stało się po prostu modne. Piersi w kusym bikini były obiektem pożądania, te wystające zza koszulki, z dzieckiem wiszącym na końcu – obrzydliwością, którą trzeba zakrywać. Świat stanął na głowie.

Wielu wysuwa argument, że czują się w takiej sytuacji zakłopotani. Jednych peszy widok całej piersi (swoją drogą to fart spojrzeć akurat w momencie przystawiania dziecka), jego fragmentu albo nawet sam fakt, że to dziecko właśnie je i ssie sutek. Co można w tej sytuacji zrobić? Nawet, jak odwrócisz wzrok, to już niestety nie odwidzisz. Może więc zaakceptować fakt, że czasami pewne rzeczy nas peszą i peszyć pędą? Może to przejdzie z wiekiem? Tylko znów: ręka do góry, kto czuje się zakłopotany na widok dziewczyny topless na plaży.

“I jeszcze te nabrzmiałe, pełne mleka cycki na wierzchu …”

W głowie mi się nie mieści, jak może to napisać kobieta. Tylko, że obok samego aktu karmienia, to kolejny powód całej wojenki o KP. Piersi kobiety karmiącej to nie ten foremny, sprężysty, wyretuszowany biust z bilboardów. Są jakie są, nie muszą się podobać każdemu, ale to jeszcze nie powód, żeby nawoływać do zakładania bluzek z zapięciem pod samą szyję. Albo dobierać strój pod otoczenie, żeby przypadkiem za długo nie świecić ludziom po oczach balonem. Na plaży też roi się od mężczyzn, którzy niestety nie przypominają młodego Davida Hasselhoffa. Mają brzuchy, spadające z tyłka spodenki i włosy na plecach. I co? Mają to w nosie! Czy ktoś kiedykolwiek napisał, żeby “pasztety” łaskawie ogarnęły się do wakacji, bo odbierają apetyt na jagodziankę na plaży? Tylko my kobiety potrafimy tak sobie dowalić. Rozumiecie teraz absurd argumentu, że przyznając kobietom prawo do karmienia w miejscu publicznym odbiera się innym prawo do nieoglądania takich widoków?

Pisanie o tym, jak ważny jest szacunek do samej siebie w kontekście pokazywania fragmentu piersi to jakieś kuriozum. A realizujcie Wy ten szacunek jak Wam serce podpowiada, wpajajcie go swoim córkom, ale apelując do innych kobiet, nie zasłaniajcie się argumentem zastępczym. To, że ktoś w Waszych oczach nie szanuje się na tyle, aby zasłonić kawałek skóry, to naprawdę nie Wasz problem.

Ok, powiecie, że widzieliście na własne oczy, jak matka siedziała z gołą, zwisającą piersią i czekała, aż dwuletnie (dwuletnie!) dziecko w końcu łaskawie się napije. Wiem, że są takie kobiety, ale stanowią one niewielki odsetek wszystkich mam karmiących i zdecydowanie częściej ktoś gdzieś słyszał albo czytał, niż osobiście widział. I dlatego też dużą niesprawiedliwością jest wrzucanie do jednego worka wszystkich a zwłaszcza tych, które karmią tak dyskretnie, że nie wiadomo, czy dziecko śpi czy je. No ale wiem, ta ostatnia grupa psuje argumentację.

Przy okazji opiszę Wam pewną sytuację, która zdarzyła się kilka lat temu. Byłam w galerii handlowej i wyszłam akurat ze sklepu. Idąc alejką zauważyłam zbliżającą się kobietę. Rękę miała zgiętą w łokciu i wyglądała, jakby coś niosła na przedramieniu. W końcu dostrzegłam, że tym czymś było dziecko. Kobieta szła alejką, wyprostowana jak struna a malutkie dziecko na jej ręce właśnie jadło. W ostatniej sekundzie zarejestrowałam jeszcze odbiętą koszulę i fragment piersi. Wiecie, co pomyślałam w pierwszej chwili? “Jak to możliwe, że jest jej wygodnie?” Autentycznie zaintrygowało mnie to, że ona tak szła z dumnie podniesioną głową i karmiła. Nie myślałam wtedy dekolcie ani o tym, że powinna skorzystać z dostępnego pokoju dla mamy z dzieckiem. I wiecie dlaczego? Bo to nie moja sprawa i nic mi do jej wyborów. Jestem obywatelem świata a nie jego pępkiem.

“Laska po dwóch latach przypomniała sobie o niedobrym kelnerze i chce wyciągnąć kasę…”

No przecież! Słyszeliście o dość niefortunnym żarcie 50Centa, który (jeśli dobrze pamiętam) na swoim Twitterze wyśmiał zachowanie chłopaka a potem okazało się, że ów chłopak jest niepełnosprawny? Burza rozpętała się straszna i zakończyła się oficjalnymi przeprosinami oraz przekazaniem okrągłej sumki na cele dobroczynne. Tak wiem, to czysty PR. Niemniej, wyobrażacie sobie reakcję opinii publicznej, gdyby ten sopocki kelner na życzenie gościa wyprosił kogoś, kto dłubie w nosie, puszcza głośne bąki albo siorbie jedząc zupę? Tak, ja też nie, bo ten kelner w życiu by tego nie zrobił. I jestem więcej niż pewna, że nikt by go o to nie poprosił. Ale przecież mamy karmiące piersią i ich głodne dzieci to inna kategoria.

Sprawa Liwii dla jednych będzie błachostką. Taką, przez które sądy są opieszałe a nasze pieniądze marnotrawione. Dla mnie to pewien symbol i głos wszystkich mam, które kiedykolwiek chciały nakarmić swoje dziecko, ale im zabroniono albo usłyszały niestosowny komentarz. Albo wysłano do śmierdzącej toalety. Może ta sprawa da jakiś przełom w odbiorze publicznego karmienia piersią. Czytam komentarze i zdaję sobie sprawę, że społeczeństwo tak szybko się nie zmieni. Kobiety pewnie jeszcze długo będą wobec siebie wrogie i nietolerancyjne. Liczę za to, że Liwia doda trochę odwagi innym mamom. bo niezależnie od wyroku sądu, ona powiedziała “DOŚĆ”. Zezwolenie na nakarmienie dziecka w miejscu publicznym, stworzenie czystego miejsca dla tych, które mimo wszystko chcą ciszy i spokoju, to nie jest łaska tylko prawo każdej kobiety. Brzmi śmiesznie? Jestem pewna, że kiedyś dokładnie to samo sądzono o prawie wyborczym dla tej gorszej płci, porzucaniu przez mamuśki roli kury domowej i wybieraniu kariery zawodowej czy paradowanie w miejscach publicznych bez stanika. Świat nie takie zmiany już widział.

(zdjęcie: flickr.com; autor: rhobinn, zmodyfikowany przez piwnooka.pl)

Previous Dlaczego czasami mam w życiu pod górke?
Next Klatka.

Suggested Posts

O tym, jak rodzi się więź.

“Fru!”

Sentymentalna podróż w czasie.

Hello Monday!

Okiem doktora i gdzie tu rodzić Panie?

Torba wózkowa czyli nasze spacerowe must have.