Angielski w przedszkolu – hit czy kit?


angielski w przedszkolu

Język obcy od najmłodszych lat, ba miesięcy! Piosenki, wierszyki, bajki – w domu czy w ramach zorganizowanych, płatnych zajęć. Czy czas dziecka i nierzadko nasze pieniądze są tego warte? A może to tylko moda, kolejna kategoria wyścigu szczurów, na której zyskują jedynie szkoły językowe? Temat od dawna chodził mi po głowie, ale w końcu dostałam prawdziwego kopa, by go omówić!

Arlena Witt z kanału “Po Cudzemu”, chyba najbardziej znana i lubiana anglistka w kraju, w najnowszym filmie odniosła się do nauki języków obcych przez małe dzieci. Wyjaśniła też, kiedy jej zdaniem warto zacząć naukę i co świadczy o sukcesie w przyswajaniu drugiego języka. Całość możecie obejrzeć TUTAJ i gorąco Was do tego zachęcam.

Ode mnie krótkie streszczenie.

Arlena uważa, że wczesny kontakt z językiem obcym, w formie dodatkowych zajęć w przedszkolu nie ma większego sensu. Powodów wymieniła kilka: niedostateczna znajomość rodzimego języka, nieumiejętność czytania i pisania (a więc brak sprawności niezbędnych do nauki), słaba intensywność nauki oraz przerwy (a więc brak utrwalenia i w konsekwencji zapominanie materiału), brak wewnętrznej motywacji do nauki. Przyznała – całkiem zresztą słusznie – że w wielu przypadkach to nie zainteresowanie dzieci a ambicje rodziców decydują o podjęciu nauki. I rzeczywiście, trudno się nie zgodzić, że jeśli zajęcia z języka obcego determinują wybór przedszkola czy żłobka, to coś jest nie tak.

Arlena, podpierając się swoim własnym doświadczeniem uważa, że najlepszym momentem na rozpoczęcie nauki języka obcego to 8-9 lat, kiedy rodzimy język jest opanowany a 4 sprawności i wewnętrzna motywacja stanowią fundament skutecznej nauki. Wczesny kontakt z językiem obcym ma sens jedynie w rodzinach bilingualnych, gdzie występuje naturalna konieczność używania drugiego języka (aby porozumieć się np. z drugim rodzicem).

A teraz o tym, dlaczego Arlena nie ma racji.

Szczerze uwielbiam tę kobietę i podziwiam za każdy film, ale o tym wolałabym zapomnieć. Głównie dlatego, że w dużej części jest po prostu szkodliwy. Co z tego, że Arlena asekuruje się, mówiąc na wstępie, że prezentuje tylko swoją opinię, mówi na podstawie własnych doświadczeń i nie każdy musi się z nią zgadzać. Jest anglistką i autorytetem dla masy ludzi. Pełni rolę eksperta a z tym wiąże się pewna odpowiedzialność. Wymaga ona moim zdaniem czujności w kwestii tego, co można a czego nie powinno się mówić publicznie.

Zacznijmy od tego, że w filmie od początku błędnie pojmowane jest przyswajanie języka obcego przez dzieci. Arlena co prawda pod koniec stwierdza, że jest to tylko zabawa, ale wcześniej określa to jako naukę. Coś, co dla niej wiąże się ze świadomym przyswajaniem i trwałymi efektami. Tymczasem nauka to zróżnicowany proces, który zupełnie inaczej wygląda na poszczególnych etapach rozwoju. Nie można jednoznacznie twierdzić, że dany wiek czy metody są nieodpowiednie a efekty niezauważalne. To kwestia tak indywidualna, że nie sposób mówić o jedynym, skutecznym sposobie na naukę języka obcego.

Poznajcie moją historię.

Jestem dokładnym zaprzeczeniem teorii Arleny. Pierwszy raz zetknęłam się z językiem obcym (niemieckim) mając jakieś 2 lata. Wtedy pierwszy raz odwiedziłam moja rodzinę w Niemczech. Nasze dalsze kontakty – z uwagi na sytuację polityczną lat 80-tych i odległość – były raczej sporadyczne. Widywaliśmy się 2-3 razy do roku, ale podczas spotkań rzeczywiście przysłuchiwałam się rozmowom w języku niemieckim – w domu, w sklepach, podczas oglądania telewizji i słuchania radia. Tak było w Niemczech. W Polsce był tylko język ojczysty.

Mówiąc po polsku, zupełnie nieświadomie używałam pojedynczych słów po niemiecku. Z czasem zrobiły się z tego całe zdania. W wieku przedszkolnym mogłam się już dogadać po niemiecku. Nie czułam ani potrzeby komunikacji, ani specjalnej motywacji. To się po prostu działo, przy okazji. Z każdym rokiem, pomimo rzadkiego kontaktu (a były to czasy bez telewizji satelitarnej i Internetu), doskonaliłam się w mowie. Pisownię poznałam dopiero w trzeciej klasie podstawówki.

Dotychczasowa wiedza + nauka w szkole to była idealna kombinacja. W pisowni robiłam coraz mniej błędów, gramatykę znałam od strony praktycznej – na każdą zasadę miałam w głowie gotowy przykład. Nawet nie musiałam wkuwać suchych zasad, tylko przypominałam sobie zdania w konkretnym kontekście. Podobnie było ze znienawidzonymi przez większość rodzajnikami. Ja je po prostu miałam w głowie.

Aż do studiów nie wiedziałam, co to nauka słówek i powtarzanie do sprawdzianu. Fakt – i tu Arleny słowa o motywacji mają potwierdzenie – poznawanie języka sprawiało mi wielką radość, być może właśnie dlatego, że przychodziło mi to tak łatwo. Nowe rzeczy zapamiętywałam bez wysiłku, naturalnie. Miałam tak dobrą wymowę, że mylono mnie z native speakerami. Dlatego chciałam zostać tłumaczką i zdecydowałam się na Filologię Germańską. Na uniwersytecie poziom był oczywiście wyższy, ale nadal nie zarywałam nocek a wykłady w obcym języku były czystą przyjemnością.

Rodzice, nie odbierajcie szans!

Jak pisałam, nauka języka to sprawa bardzo indywidualna. Zależy od inteligencji, bystrości, szybkości myślenia, umiejętności kojarzenia, dobrej pamięci i odzyskiwania z niej danych. Ja na przykład zawsze byłam cienka z matematyki czy fizyki, ale do języków (w tym do angielskiego) miałam smykałkę. Słówka czy całe frazy gdzieś mi siedziały w głowie. Najczęściej trafiały do niej jako “efekt uboczny” chłonięcia rzeczywistości, która mnie otaczała. A potem znajomość jednego języka bardzo ułatwiła poznanie drugiego. Nie wiem, jak bym sobie radziła, gdyby nie wczesny kontakt z niemieckim.

Dlatego uważam, że czystą głupotą jest zamykanie się na naturalny proces przyswajania wiedzy. Tak, jak dziecko uczy się kolorów czy nazw czynności, tak koduje sobie słowa w języku obcym. Oczywiście w formie zabawy – piosenek czy wesołych rymowanek. Nie wiemy, ile z tego wykorzysta w przyszłości. Może niewiele a może właśnie całkiem sporo? Może w szkole i tak będzie musiało zaczynać od podstaw a może właśnie odblokuje szufladki pamięci, o których nie miało pojęcia? Nie warto przesądzać i mu tej szansy odbierać.

Wyścig szczurów? Nie, dziękuję.

Nie da się ukryć, że z tym wyścigiem rodziców jest coś na rzeczy. Znam dzieciaki, które mają kilka zajęć dodatkowych w tygodniu. Jeśli im to sprawia radość i nie męczy bieganina, to świetnie. Gorzej, jeśli realizują niespełnione ambicje rodziców. Albo gdy rodzice zatracają się w staraniach, by swoje dzieci jak najlepiej wyposażyć w dorosłość. Dać im to, czego sami nie mieli.

Antek i Nina mają angielski w przedszkolu i z jednej strony fajnie, że mają okazję, by coś łyknąć – to im może wyjść tylko na dobre. Z drugiej strony, w dzisiejszych czasach, z Internetem i YouTube’m, angielski otacza nas z wszystkich stron. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że nauka języka obcego przyjdzie im o wiele łatwiej niż choćby mojemu pokoleniu. Zwłaszcza angielski jest dziś w zasadzie wszechobecny. Antek regularnie pyta o jakieś słówka, z potrzeby lub czystej ciekawości. Nina chłonie piosenki, potrafi na przykład powiązać część ciała z ich nazwą.

Może stąd bierze się mój spokój. Nigdy nie miałam potrzeby, by od malucha “uczyć” ich języka obcego. Korzystamy z książeczek, czasami bajek i to tyle. Wszystko przyjdzie w swoim czasie, na co też jestem dobrym przykładem, bo angielski opanowałam około 30-stki. O tym może kiedyś 🙂

(zdjęcie: krakow.wyborcza.pl)

Previous Pomysł na obiad: Penne z boczkiem i sosem serowym w 15 minut!
Next Seks, bestie w ciałach kobiet i życie w klatkach! Czytasz na własną odpowiedzialność.

Suggested Posts

Ulubione cytaty piwnookiej.

Wyzwanie na lipiec! Kto się przyłączy?

SmartMamą być, czyli aplikacje dla mamy i dziecka.

Moje biuro domowe (vol. 2).

Moje zakupowe życzenia na 2017.

Piwnooka i wyzwanie lipcowe.